Dzisiejsi władcy Polski, czyli premier Donald Tusk z sekundującym mu prezydentem Bronisławem Komorowskim, wspomniany organ z upadłego ustroju wzięliby z pocałowaniem ręki. Ale nie mają szans, ponieważ przez lata przemian ustrojowych akurat energetyka stała się branżą wyjątkowo wręcz pogmatwaną kompetencyjnie i decyzyjnie.
![Janusz Piechociński, Donald Tusk [FOT Marek Wiśniewski] Janusz Piechociński, Donald Tusk [FOT Marek Wiśniewski]](http://images.pb.pl/filtered/4eb4fc82-ccda-44a9-a17b-c0164c78235b/e7b006c7-dcfc-5b06-869b-2e773e62d8c6_w_830.jpg)
Koalicja PO-PSL odziedziczyła po poprzednikach i szósty rok utrzymuje rozbiór energetyki między trzy resorty. Ministerstwo Gospodarki zawiaduje działem administracji rządowej „gospodarka”, a w nim funkcjonowaniem systemów energetycznych, z uwzględnieniem potrzeb bezpieczeństwa kraju, oraz wykorzystaniem energii atomowej. Ministerstwo Skarbu Państwa prowadzi dział „skarb państwa”, wykonując uprawnienia właścicielskie, realizując komercjalizację i prywatyzację przedsiębiorstw państwowych. Wreszcie Ministerstwo Środowiska w dziale „środowisko” gospodaruje zasobami naturalnymi. Akurat w trzech wymienionych przypadkach nazwy urzędów są identyczne z nazwami działów, ale to rzadkość — obecnie 34 działy administracji pogrupowane są w 18 ministerstwach. Ogromne znaczenie ma różnica prawna — działy tworzone są, znoszone i zmieniane ustawami, natomiast ministerstwa układa się z działów niczym z klocków szybkimi rozporządzeniami. Dlatego np. na początku obecnej kadencji tak bezproblemowo powstało Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji.
Energetyka osobnym działem nie jest i w obecnych relacjach koalicyjnych nigdy nim nie zostanie. Na tym zdaniu właściwie można zakończyć analizowanie prawnych możliwości utworzenia Ministerstwa Energetyki, które od piątku stało się najnowszym konikiem Donalda Tuska. Ściślej mówiąc — odkurzonym, ponieważ ta propozycja zgłaszana była już kilka razy. Ale zachęcające spojrzenie szefa rządu zawsze trafiało na lodowaty wzrok Waldemara Pawlaka, który w zarodku kasował pomysł wyrwania energetycznych zabawek z jego działu „gospodarka”. I to nawet jeśli związek ten stał się czysto papierowy, bo w branży energetycznej niepodzielnie rządzi skarb, co tak jaskrawie wyszło przy ostatniej sprawie gazowego memorandum. Zestresowany lekceważeniem go wicepremier i minister Janusz Piechociński bezdyskusyjnie podtrzyma wobec premiera twarde stanowisko swojego partyjnego poprzednika.
W idei skupienia całej energetyki w jednych rękach Platforma Obywatelska miałaby silnego sojusznika.
Tyle że nazywa się on… Prawo i Sprawiedliwość. Porozumienie się obu wrogich partii nawet w kwestiach, w których merytorycznie się zgadzają, oczywiście nie wchodzi w grę. Poza tym oznaczałoby to koniec koalicji PO z PSL i przedterminowe wybory. Zatem w realnym zasięgu premiera Donalda Tuska znajduje się co najwyżej powołanie jakiegoś energetycznego pełnomocnika czy koordynatora, z wielopiętrową i pogmatwaną nazwą stanowiska. Dla przykładu w poprzedniej kadencji rządu taki właśnie status, chociaż w zupełnie innych kwestiach, miała niejaka Julia Pitera. Czy dzisiaj ktokolwiek może cokolwiek powiedzieć o jej dorobku?