Minuta ciszy, pora na myślenie

Andrzej Nierychło
opublikowano: 2006-02-01 00:00

Niespodziewane (ale czy kiedykolwiek coś takiego jest spodziewane?), tragiczne zdarzenie na Śląsku ma wielorakie następstwa. Kraj jednoczy się w symbolicznej i wyrazistej żałobie. Specjaliści analizują przebieg akcji ratunkowej. Inżynierowie badają konstrukcję zawalonej hali. Zainteresowani, którym w oczy zajrzało widmo kryminału, na wyprzódki zapewniają o własnej niewinności. Władze wymuszają ogólnopolski przegląd tego, co leży na budynkach. Ministrowie w trybie nagłym zgłaszają projekt zmian w prawie, bo nie było dotąd literalnego obowiązku odśnieżania płaskich dachów.

Ale przecież był nakaz myślenia. Nie wszystko można przewidzieć i skodyfikować. Idealnego prawa nie ma, a kolejnymi aktami ustawodawcy jedynie starają się nadrobić dystans, jaki wyznacza im życie. Czy z faktu, że nikt nie kazał zrzucać zwałów śniegu z dachów, wynikało, iż można było tego w ogóle nie robić? Czy nie wystarczyła zwykła logika? Jak ta, która każe cieplej ubierać się w zimie, choć takiego paragrafu też nie ma.

Chociaż to mało prawdopodobne, może się okazać, że w Katowicach nie złamano żadnego przepisu. Ale może być i tak, że zlekceważono ich wiele, jednak wszystkie omijają sedno sprawy i dotyczą jej niejako mimochodem — mowa o zasadach organizowania imprez masowych, liczbie wyjść awaryjnych, trybie zatwierdzania projektu architektonicznego i wyrażania zgody na eksploatację budowli itd., itp. Można więc przewidywać przewlekające się procedury, walkę na ekspertyzy i interpretacje. Wielu jest zainteresowanych, aby odpowiedzialność rozmyć.

Tymczasem pojęcie odpowiedzialności ma dwa aspekty. Węższy dotyczy sytuacji, gdy już stanie się coś złego i szuka się winnych. Ale o całe niebo ważniejszy jest aspekt szerszy. Ten, który nakazuje — w przenośni, bo takiej ustawy także nie ma — przewidywać skutki swojego postępowania. Dotyczy to każdego, ale w pierwszej kolejności tych, którzy na co dzień oddziałują na innych. W rozmaity sposób. Także i taki, że wytwarzają produkty powszechnie dostępne w sklepach albo na afiszach.

Jest truizmem przypominać, że żywność nie może być trująca, kosmetyki żrące, a kineskopy wybuchające. Na każdy z tych przypadków istnieje już zresztą odpowiedni akt prawny. Być może wprowadzony dopiero po zatruciu, oparzeniu i kalectwie. Ale poza prawem obowiązuje jeszcze myślenie. Gdyby nawet nie było przepisu „zabrania się sprzedawać trującą kiełbasę”, to jest oczywiste, że tego nie wolno. A wciąż się zdarza.

Niekiedy potrzebny jest tragiczny wstrząs, by przypomnieć sobie o rzeczach oczywistych i podstawowych. Takich, jak zwiększona odpowiedzialność biznesu za wytwory swojej pracy. Dlatego nie powinno się skończyć na wysłaniu pracownika z szuflą na dach.