Miny w Białych Błotach

Wojciech Surmacz
opublikowano: 2005-12-23 00:00

Korupcyjny swąd w zbrojeniówce: śledztwo ABW i prokuratorskie oskarżenie o łapownictwo wycelowane w Jerzego M., byłego prezesa bydgoskiej Belmy. Chronologia zdarzeń nader istotna… Zaczęło się w Rzymie?

Bydgoszcz. Sprawa karna przeciw Jerzemu M., byłemu prezesowi Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych (BZE) Belma. Prokurator — po śledztwie ABW — skarży Jerzego M. z art. 228 kodeksu karnego („Kto, w związku z pełnieniem funkcji publicznej, przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę, podlega karze pozbawienia wolności...”). Zarzuca oskarżonemu uzależnienie powołania — w ramach restrukturyzacji przedsiębiorstwa — spółki Belma-Zakład Elektromechaniczny od zagwarantowania oskarżonemu w niej prezesury i pakietu udziałów wartych co najmniej 423 tys. zł (40 proc.). Proces ruszył 17 sierpnia 2004 r. W miniony wtorek doszło do trzeciej rozprawy. Oskarżony wciąż nie przyznaje się do popełnienia zarzucanego czynu. Utrzymuje, że padł ofiarą korupcyjnego układu w zbrojeniówce…

Na gębę

BZE Belma w Białych Błotach. Od 1994 r. spółka akcyjna skarbu państwa. Długie lata zaliczana do outsiderów polskiej zbrojeniówki. W 2000 r. jej zarząd zlecił firmie doradczej Business Consultants z Gdańska opracowanie planu restrukturyzacji pomorskiego przedsiębiorstwa (na podstawie „Rządowego programu restrukturyzacji przemysłu obronnego” z 9 lutego 1999 r.). Zakładał on powołanie spółek córek z wydziałów produkcji cywilnej i sprywatyzowanie ich. W gestii państwa miała pozostać działalność „specjalna”…

Teraz trzeba uważnie śledzić gąszcz faktów. Pierwsze kroki poczynił Władysław Kurkiewicz, ówczesny prezes zarządu: 18 stycznia 2000 r. z jego inicjatywy powstała spółka FER Belma — z udziałem bydgoskiej „matki” i niemieckiego FER Fahzegelektrik GmbH z Eisenach. Prywatyzacji podlegał dział produkcji sygnałów dźwiękowych. Tego samego miesiąca Władysław Kurkiewicz zajął fotel prezesa w świeżo utworzonym podmiocie. Nowym szefem państwowej firmy został zaś Jacek Kurkus, do niedawna wiceprezes. Następca kontynuował realizację planu: 19 września 2001 r. — na osnowie działu obróbki blach — powstała spółka BAS (Belma Accessories Systems) z udziałem niemieckiego EFB Elektronik z Bielefeld. Kilka miesięcy później Kurkus objął w niej zarząd. Nieformalnie mianowanym jego następcą w Belmie był ponoć Przemysław Wypijewski, wieloletni główny księgowy i wiceprezes. Ale to już wersja z zeznań Jerzego M., który w 2002 roku pojawił się nagle w Belmie w roli prezesa.

Nowe zawitało w Białych Błotach wraz ze zmianą rządu, który opracował „Strategię przekształceń strukturalnych przemysłowego potencjału obronnego w latach 2002-2005”. Według niej restrukturyzacja podmiotowa Belmy miała być nadal realizowana. Jerzy M. zastrzega w zeznaniach: musiał kontynuować plany poprzedników. Na początku roku 2003 ruszyły prace nad wydzieleniem produkcji sprzętu górniczego z bydgoskiej firmy. Nowemu szefowi wsparcia udzielał Przemysław Wypijewski, wciąż piastujący stanowisko wiceprezesa. Dwuosobowy zarząd 15 listopada 2003 r. zdecydował o utworzeniu spółki Belma-Zakład Elektromechaniczny. Głównym udziałowcem miała być firma BAS, zarządzana przez Jacka Kurkusa: 51 proc. akcji (wartych 1 mln 58 tys. zł) — w formie pieniężnej. W rękach BZE Belma pozostawało 49 proc. akcji — w formie aportu, wartego 1 mln 16 tys. zł: maszyny i urządzenia wycenione na 309 tys. zł, kilka działek o powierzchni ponad 28 tys. mkw., wycenionych na 707 tys. zł. Przygotowano projekty umowy spółki i aktu notarialnego. Rada Nadzorcza Belmy (gen. Henryk Szumski, płk Jerzy Marszalik, Bogdan Gruszkowski, Jacek Komorowski) zatwierdziła projekty, ale zakwestionowała wycenę aportów — uznała ją za wysoce niedoszacowaną.

— Przejrzałem te materiały. Też bym ich nie zaaprobował! Wyceny najpierw robiła firma doradcza Business Consultants z Gdańska. Drugą ekspertyzę pan M. zlecił spółce DGA z Poznania. Po drobnych retuszach — podobny rezultat. Zastanawiające… — komentuje Artur Łysakowski, obecny prezes zarządu Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych.

Tymczasem Jerzy M. wyznał — 11 października 2005 r., siedząc już na ławie oskarżonych — że w Belmie zastał „wszystko przygotowane”. Dopiero później zorientował się, że w firmie „panuje układ”. Według niego powołanie nowej spółki skonstruowano tak, by wsadzić go na minę i się go pozbyć: BAS nigdy nie złożył oferty, wszystko było „na gębę”. Wtedy zaczął analizować poprzednie procesy restrukturyzacyjne i blokować ten niedokończony. Dopatrzył się poważnych nadużyć…

No to wojna

Podczas zabawy sylwestrowej 2003/04 prezes M. poznał Henryka Bogusza, współwłaściciela Bohametu z pobliskiej wsi Ciele — firmy produkującej sprzęt wodociągowy i okrętowy. Bogusz szukał gruntów pod rozbudowę przedsiębiorstwa. Jerzy M. miał oznajmić, że coś by się jeszcze znalazło w zasobach Belmy. Pod koniec stycznia 2004 r. doszło do spotkania w Bydgoskich Zakładach Elektromechanicznych — prezes M. plus właściciele Bohametu: Henryk Bogusz i Jarosław Halarewicz. Z zeznań M. wynika, że panowie zapałali chęcią kupna nieruchomości, które stanowiły część wspomnianego już aportu. Gdy usłyszeli o planowanej restrukturyzacji, ich apetyty wzrosły. A prezes M. zaprosił ich do złożenia oferty prywatyzacyjnej…

Temperatura rosła. 16 lutego 2004 r., Karczma Rzym w Pawłówku. Jacek Kurkus udał się tam z Jerzym M. — podyskutować… Wtedy — w myśl uzasadnienia aktu oskarżenia — po raz pierwszy padła propozycja łapówki: 40 proc. i fotel prezesa dla M. — w zamian za powołanie do życia spółki Belma-Zakład Elektromechaniczny. Kto rzucił pomysł? Według Kurkusa: korzyści domagał się M. — to także wersja prokuratorska i śledczych z ABW. Linia obrony oskarżonego: właśnie prezes Kurkus usiłował w Rzymie „przyspieszyć” restrukturyzację. I to po raz drugi, bo raz już bezskutecznie kusił M. — dwa tygodnie wcześniej, tuż po styczniowej wizycie zainteresowanych z Bohametu. Pięć dni po korupcyjnym zajściu w Karczmie Rzym, czyli 21 lutego 2004 r., prezes M. znów się zobaczył z właścicielami Bohametu. Towarzyszył mu wiceprezes Przemysław Wypijewski. To z jego relacji znamy okoliczności drugiej oferty korupcyjnej autorstwa pana M.: tym razem M. miał domagać się udziałów i prezesury od potencjalnych inwestorów; 60 proc. udziałów. Ci zgodzili się ponoć bez zająknięcia…

— Pomówienia! Temat nie pasuje starej układance w fabryce! Wrzucili granat do garnka z zupą i rozpieprzyli wszystko. Do dziś nie dostałem odpowiedzi, czy ta prywatyzacja jest czy jej nie ma — irytuje się Jarosław Halarewicz, prezes Bohametu.

Minęło kolejne pięć dni i Jacek Kurkus ponownie spotkał się z Jerzym M. — w siedzibie spółki BAS i w towarzystwie wiceprezesa Wypijewskiego. Prezes M. miał spuścić z tonu: i zszedł z 40 do 30 proc. udziałów. Reszta łapówkarskich życzeń pozostała bez zmian. Taką wersję wydarzeń potwierdzili i Kurkus, i Wypijewski — obaj przerażeni bezczelnością pana M.

Jerzy M. w swojej „spowiedzi” wykazał niekonsekwencję w zeznaniach Kurkusa i Wypijewskiego, którzy — jego zdaniem — działają w zmowie. Skoro zażądał od właścicieli Bohametu 60 proc. udziałów i ci przystali, po co dobijał targu z Jackiem Kurkusem na 30 proc.? Z jego relacji wynika też, że 26 lutego 2004 r. Kurkus przedstawił mu ostateczną propozycję, zatwierdzoną przez Hermana Schreitera, niemieckiego współwłaściciela firmy BAS: wyższe o 50 proc. wynagrodzenie za prezesowanie w nowo powstałej spółce i 30 proc. akcji do podziału dla zarządu. A „jeśli nie, to wojna…”. Podobno Przemysław Wypijewski zgodził się od razu. Jerzy M. wyszedł…

Ogień donosów

Bohamet przekazał Belmie ofertę prywatyzacyjną 1 marca 2004 r. Spółka miała zostać zawiązana na takich samych zasadach, jak z BAS-em. Trzy dni później Jacek Kurkus złożył doniesienie o korupcyjnej propozycji Jerzego M. w Prokuraturze Bydgoszcz-Południe. Po trzech dniach do tejże prokuratury trafiło też zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, podpisane przez Radę Nadzorczą BZE Belma. Na podstawie art. 304 par. 1 i 2 k.p.k. prezesowi M. zarzucono popełnienie czynu z art. 585 k.s.h. („Kto, biorąc udział w tworzeniu spółki handlowej lub będąc członkiem jej zarządu, rady nadzorczej lub komisji rewizyjnej albo likwidatorem, działa na jej szkodę...”). Nazajutrz do bydgoskiej prokuratury dotarło zawiadomienie sygnowane przez Przemysława Wypijewskiego: w piśmie z 8 marca 2004 r. donosił o złożeniu przez swego szefa korupcyjnej oferty zarządowi Bohametu.

Jerzy M. uderzył 13 marca 2004 r. W firmowych archiwach dokopał się oto dowodów, że w czasie tworzenia spółek FER Belma i BAS doszło do wyprowadzenia majątku z Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych (m.in. chodziło o wycenę wartości aportów). Łączne straty wycenił na 18 mln zł. I dlatego zawiadomił o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez poprzednie zarządy Belmy — też Prokuraturę Bydgoszcz-Południe. Bez echa. Według Jerzego M. prokuratorskiej indolencji towarzyszyły dziwne okoliczności… Tak go to zbulwersowało, że zdecydował się na następny donos... Wewnętrzne śledztwo badające jego wątpliwości 30 listopada 2005 r. wszczęła słupska prokuratura.

Inaczej bydgoscy prokuratorzy potraktowali grad podejrzeń pod adresem prezesa M. Skierowali sprawę do delegatury ABW w Bydgoszczy. Tam 4 kwietnia 2004 r. zapadła decyzja o wszczęciu śledztwa. Sprawa nabrała rumieńców i na gruncie ministerialnym. Jerzy M. oficjalnie został zwolniony 17 maja 2004 r. Na trzy dni przed tą decyzją z siedziby Belmy wyjechały do Bohametu części i detale zespołów do produkcji górniczej wraz z „jakąś” dokumentacją. Ponoć na polecenie ustępującego prezesa…

— Wiem, że pan M. co najmniej na tydzień przed dymisją już o niej wiedział. Tak się to robi, sam byłem dwa razy odwoływany... Części wywieziono w jakimś celu i na pewno nie był to cel kooperacyjny. Wszystko wiem, prócz jednego: jaką dokładnie dokumentację wywieziono? — pyta Artur Łysakowski, wówczas jeszcze członek rady nadzorczej Belmy, desygnowany na stanowisko prezesa zarządu.

Łysakowski na wieść o wywózce detali do Bohametu błyskawicznie zlecił kontrolę wewnętrzną. W lipcu 2004 r. wszystkie elementy wróciły na miejsce. W sierpniu Artura Łysakowskiego oficjalnie mianowano prezesem jednoosobowego zarządu Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych. Na początku października zyskał informacje, że Bohamet oferuje wyroby dla górnictwa, równorzędne z produkowanymi przez Belmę. Umówił się z Jarosławem Halarewiczem, by wyjaśnić sprawę:

— Pan Halarewicz powiedział, że srebra rodowe dawno podzielono. Trzeba zabrać, co zostało, a reszta — niech się idzie pasać… Mówił, że oni to zrobią szybko, a ponieważ nie weszli do spółki jako inwestor, zrobią to inaczej: po prostu przejmą asortyment — relacjonuje obecny prezes Belmy.

Łysakowski — jak mówi: zniesmaczony zachowaniem Halarewicza — napisał zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa i złożył je 11 października 2004 też w Prokuraturze Rejonowej Bydgoszcz-Południe. Wysłał też pisma naświetlające sprawę do kopalń i Ministerstwa Gospodarki i Pracy. Rynkowe ruchy Bohametu godziły w interes Belmy, dla której produkcja urządzeń górniczych stanowi około 40 proc. obrotów. Prezes Łysakowski szacuje ten wolumen sprzedaży na 8 mln zł rocznie. Dla Halarewicza — to przesada. Jego zdaniem, sprzedaż w tym sektorze (przy najlepszej koniunkturze) sięga 4-5 mln zł, a on chciałby uszczknąć ze 40 proc.

Rżnięcie błędów

Współwłaściciela Bohametu, Jarosława Halarewicza, mało obchodzą te korupcyjno-prywatyzacyjne przepychanki w Białych Błotach. Ale czuje, że krew się poleje. Tyle że…

— Nie mój cyrk, nie moje małpy — ucina temat.

I dodaje, że gdyby wiedział, czym to pachnie… W życiu by się nie pakował w takie bagno! I w sumie nawet by nie dzwonił do „Pulsu” w tej sprawie. Pewna zagrywka wyprowadziła go jednak totalnie z równowagi… Rzuca na stół postanowienie o odmowie wszczęcia śledztwa (30 grudnia 2004 r.) — odpowiedź na zawiadomienie prezesa Łysakowskiego z 11 października 2004 r.

— Pomimo tego zrobili to! — na blacie ląduje inny dokument.

Lakoniczne pismo z Ministerstwa Gospodarki i Pracy do sześciu największych firm branży węglowej: „W związku z informacją przekazaną przez firmę »Belma« z Bydgoszczy przesyłam do wiadomości pismo z 27.09.2005 r. informujące o toczącym się postępowaniu w związku z »przeniesieniem« produkcji niektórych przeciwwybuchowych wyrobów górniczych do innego podmiotu. Wszystkie szczegóły zaistniałego problemu zawarte są w załączonym piśmie”. Podpisano: Małgorzata Ostrowska, sekretarz stanu.

Halarewicz twierdzi: cios poniżej pasa, bo pismo Belmy zawiera niczym nie poparte pomówienia. Ów załącznik sprawił, że teraz spółki węglowe się od niego odwracają. Nastał czas przetargów, a Belma jest w sektorze przeciwwybuchowych wyrobów górniczych monopolistą... Nawet nie chodzi mu o straty finansowe, bo obroty jego firmy sięgają 100 mln zł rocznie i urządzenia górnicze to kropla w morzu produkcji Bohametu. Prezesa Halarewicza mierzi, że w Polsce wolny rynek można regulować za pomocą administracyjnych pism… Wszystko by ścierpiał, tylko nie to! I zarzeka się, że jest uczciwy i nikogo nie „zrobił”. W jego opinii takie wyroby Belmy potrafi zaprojektować średnio inteligentny inżynier, bo są wyjątkowo proste w produkcji. A że przygotował się do ich wytwarzania, no, to idzie do przodu...

— Ich pomówienia olewam. Mnie rewanżyzm jest obcy. Tylko zostawmy ten rynek w spokoju, niech się kształtuje naturalnie! — krzyczy rozsierdzony Halarewicz.

Prezes Łysakowski nie składa broni. Z tego, co mówi, ktoś już niebawem będzie miał nietęgą minę… I dorzuca, że na jaw wyszły nowe fakty: pan M., mając umowę o pracę w Belmie, współpracował z Bohametem. ABW zdobyła też umowę między Bohametem i Zakładem Elektroniki Górniczej z Tychów, w podpisaniu której uczestniczył czynnie prezes M. Zdaniem prezesa Łysakowskiego, dokumentacje techniczno-ruchowe wyrobów Bohametu „zostały zerżnięte z błędami” z belmowskich:

— W sposób niedozwolony pozyskano wiedzę… Najpierw dowiedziemy, którędy i jak ją przekazano, potem wrócimy do sprawy Bohametu — deklaruje Artur Łysakowski.

Nie rzuca słów na wiatr. Na jego wniosek wszczęto już śledztwo w sprawie ujawnienia tajemnicy służbowej przez Andrzeja Kalinowskiego, byłego pracownika Belmy — obecnie (wedle informacji Łysakowskiego) zatrudnionego w Bohamecie.

Nieskończona sitwa

Dziś bydgoska Belma odżywa. Prezes Artur Łysakowski podpisał 6-letni kontrakt z MON-em. Trzon wojskowej produkcji w Białych Błotach to miny: przeciwpancerne, przeciwdesantowe i przeciwburtowe. Ale to poprzednik przypisuje sobie postawienie Bydgoskich Zakładów Elektromechanicznych na nogi: zatrudnił technologów, którzy stworzyli podwaliny pod wieloletni kontrakt… Jerzy M. podkreślił w zeznaniach przed bydgoskim sądem, że zastał Belmę w agonii. Jego zdaniem, spółka była praktycznie nieobecna w polskiej branży zbrojeniowej. Dopiero za kadencji M. coś drgnęło... Były prezes wciąż żyje bydgoskim przedsięwzięciem. Zatrudniony dziś w warszawskim Bumarze na stanowisku głównego specjalisty snuje plany wcielenia Belmy do strategicznej grupy Bumaru…

— Gdyby uważano, że nie jest porządny chłop, toby go nikt nie wziął — zaznacza Jarosław Halarewicz.

Mówi się, że proces Jerzego M. to sprawa rozwojowa, że jeszcze niejednemu potentatowi polskiej zbrojeniówki mina zrzednie — na wieść o zeznaniach przed sędzią Anną Gizińską-Kowalewską z Bydgoszczy. Coraz częściej bowiem padają nazwiska wysokich urzędników państwowych i oficerów Wojska Polskiego. Słychać jednak i głosy, że oskarżony o korupcję Jerzy M. celowo powiększa grono świadków, by przedłużać proces — najlepiej w nieskończoność. Z drugiej strony: coraz głośniej o sitwie w polskiej zbrojeniówce, która w końcu trafiła na minę... Następna rozprawa 26 stycznia 2006 r.