Misja niemożliwa została wykonana

opublikowano: 11-03-2019, 22:00

„Kurier” zachowuje proporcje między gonitwami i strzelaninami a dramatem decyzji dowódcy AK

Muzeum Powstania Warszawskiego wyprodukowało już kilka filmów, upowszechniających wiedzę o powstaniu i drugiej wojnie światowej. W 2011 r. zrealizowane zostało „Miasto ruin”, rekonstrukcja komputerowa zniszczonej Warszawy. W 2014 r. weszło na ekrany „Powstanie Warszawskie”, pierwszy dramat wojenny zmontowany z oryginalnych kronik sprzed siedmiu dekad, pokolorowanych i udźwiękowionych. Po udanych próbach Jan Ołdakowski, dyrektor muzeum, postanowił skoczyć na głęboką producencką wodę — fabułę, ale ściśle opartą na faktach. W poniedziałek miał uroczystą premierę, a w piątek wchodzi do kin film „Kurier”. To opowieść o poprzedzających wybuch Powstania Warszawskiego kilkunastu dniach lipca 1944 r. i historycznej misji porucznika Jana Nowaka, czyli Zdzisława Antoniego Jeziorańskiego. Ten oficer Armii Krajowej działał w konspiracyjnej akcji N, dezinformującej Niemców i podkopującej ich morale. Od 1943 r. odbył z fałszywymi papierami kilka wypraw drogą morską przez Sztokholm do Londynu i z powrotem. Utrzymywał łączność komendy Armii Krajowej (AK) z emigracyjnym rządem, przewożąc dokumenty najwyższego znaczenia. Gestapo szlak zlikwidowało, gdy akurat znajdował się w Londynie. Premier Stanisław Mikołajczyk powierzył nieugiętemu kurierowi misję powrotną, z informacją strategiczną dla losów Polski, pochodzącą z ust premiera Winstona Churchilla.

Po jednej stronie uciekający przybysze z Londynu, Jan Nowak i jego
towarzysz Kazimierz Wolski – ubrani dla niepoznaki w… angielskie płaszcze, po
drugiej strzelający do nich Niemcy, a zbawczy pociąg środkiem. Takich
dynamicznych scen jest w „Kurierze” więcej.
Zobacz więcej

KINO AKCJI:

Po jednej stronie uciekający przybysze z Londynu, Jan Nowak i jego towarzysz Kazimierz Wolski – ubrani dla niepoznaki w… angielskie płaszcze, po drugiej strzelający do nich Niemcy, a zbawczy pociąg środkiem. Takich dynamicznych scen jest w „Kurierze” więcej. Fot. ARC

Alianci zachodni w lecie 1944 r. uznali Polskę za teatr wyłącznych działań wojennych Armii Czerwonej, wykluczyli np. zrzucenie 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej generała Stanisława Sosabowskiego i w ogóle militarną pomoc dla powstania. Zdeterminowany porucznik Jan Nowak postanowił drogą lotniczą przedostać się do Warszawy, przełamując opór władz alianckich. Jego misja była bardzo trudna, a już w okupowanej Polsce stała się dramatyczna, momentami tragiczna. To wymarzone tworzywo dla kina akcji, łączącego wątki sensacyjne, przygodowe i szpiegowskie z nadrzędnym przesłaniem. Producenci — Muzeum Powstania Warszawskiego i Scorpio Studio, przy współudziale Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej — postawili na Władysława Pasikowskiego. Sprawdzony mistrz gatunku został współautorem scenariusza i reżyserem. Czy mu się udało? Niniejszy tekst nie jest recenzją, raczej zachętą do obejrzenia pozycji bezdyskusyjnie ciekawej w zamerykanizowanej kinowej sieczce. Największą trudnością i zarazem wartością „Kuriera” stało się wyważenie proporcji między gonitwami i strzelaninami a wątkiem dramatycznego wyboru generała Tadeusza „Bora” Komorowskiego — czy wydać rozkaz do wybuchu powstania. Porucznik Jan Nowak zdążył dotrzeć do komendy AK i przekazać hiobową wieść z Londynu. Tragicznych dróg historii to nie odwróciło — dezinformowany przez pułkownika Antoniego „Montera” Chruściela, dowódcę okręgu, wahający się „Bór” w końcu rozkaz wydał. Notabene — w „Kurierze” mielizną scenariusza jest wyznaczenie przez tropiącego Jana Nowaka inteligentnego oficera Sicherheitsdienstu (SD) pewnej akcji na… wtorek 1 sierpnia 1944 r. o godz. 17. Otóż Niemcy, a już na pewno czołówka SD, tegoż dnia od rana o wybuchu powstania wiedzieli i siedzieli bezpiecznie w sztabach, dlatego

w filmie uliczne zaskoczenie wyszło naiwnie. Widzowie „Kuriera”, zwłaszcza z Warszawy, będą przyglądać się „grającym” ulicom i obiektom, takim jak most Poniatowskiego, pałac Staszica z pomnikiem Kopernika czy kościół św. Krzyża z figurą Chrystusa. No cóż, postarzeć na rok 1944 się ich nie da… Cyfrowa obróbka na szczęście już eliminuje takie wpadki, jakie trafiały się niegdyś w wielkich filmach — zegarek na ręce w „Krzyżakach”, samochód jadący za nacierającymi Turkami w „Panu Wołodyjowskim” czy obrączka na nodze bociana w „Panu Tadeuszu”. W „Kurierze” wszystko zostało żmudnie sczyszczone, zatem z mostu nie widać za Wisłą np. PGE Narodowego, tylko krzaczki. Najbardziej czasochłonne było usunięcie z kadrów… słynnych słupków ulicznych. Producenci filmów historycznych zawsze stają na rozdrożu — wykorzystywać oryginały, budować od zera dekoracje czy aranżować scenerię wirtualnie. Budżet „Kuriera” wynosił 17,5 mln zł, czyli jak na warunki polskie niemało, natomiast w skali hollywoodzkiej — pikuś.

Podczas gali Business Centre Club w 2003 r., gdy 88-letni Jan Nowak/Zdzisław Jeziorański (zmarł dwa lata później) odbierał nagrodę specjalną, miałem okazję z legendarnym kurierem trzy minuty porozmawiać. Nie o powstaniu, nie o powojennym Radiu Wolna Europa, lecz o jego ogromnej akcji lobbingowej w USA, by Senat ratyfikował przyjęcie Polski do NATO, co spełniło się stosunkiem 80:19. Staruszek wspominał 12 marca 1999 r., gdy oficjalnie nastąpiła nasza akcesja do sojuszu, jako szczęśliwy dzień zwieńczenia jego życia. Czystym przypadkiem premiera „Kuriera” odbyła się w wigilię 20. rocznicy wstąpienia Polski do NATO.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy