Mistrzowie w promocji

  • Ewa Bednarz
opublikowano: 28-08-2012, 00:00

INWESTYCJE ALTERNATYWNE

Na jutrzejszej aukcji w Rempeksie pojawi się kilka ciekawych prac, niektóre, jak Wyspiański, w atrakcyjniejszych cenach.

Pastele Stanisława Wyspiańskiego rzadko trafiają na aukcyjny rynek i na ogół budzą sporo zamieszania wśród kolekcjonerów. Wiosną dużo emocji towarzyszyło licytacji portretów rodziny Sternbachów. Jedyny zespół w dorobku artysty wystawiono w Domu Aukcyjnym Agra-Art z ceną 1,8 mln zł, a licytacja zakończyła się 50 tys. zł wyżej.

Nie była jednak tak zaciekła jak towarzysząca sprzedaży „Portretu Lizy Pareńskiej” z 1904 r., który w październiku ubiegłego roku przebijano od 430 tys. zł do 1,15 mln zł. Wcześniej najdroższym pastelem Wyspiańskiego był „Portret Panny Sternbachówny”, który w 2008 r. kupiono za 660 tys. zł, 160 tys. zł powyżej ceny wywoławczej.

Rekordy aukcyjne najwyraźniej rozbudzają wyobraźnię kolekcjonerów, zwłaszcza sprzedających. Zawyżanie ceny katalogowej może jednak przynieść więcej szkody niż pożytku, często bowiem zniechęca do rozpoczęcia licytacji. W kwietniu na rynku pojawiło się melancholijne „Studium kobiety” z 1902 r. z ceną wywoławczą 0,5 mln zł. Nie wzbudziło jednak zainteresowania. Teraz obraz będzie do kupienia za 380 tys. zł.

Przecenione i niedocenione

Na 90 tys. zł został wyceniony olej Józefa Rapackiego „Wiosna”. Wysoko, zwłaszcza że obrazy artysty, który był uczniem Wojciecha Gersona, nie cieszą się specjalnym wzięciem i na ogół spadają spod młotka. Przed rokiem tak stało się z „Olszanką (Strumieniem na wiosnę)”, który miał być licytowany od 85 tys. zł. Chętnych jednak nie było.

Dotychczas najwięcej zaoferowano za monumentalnej wielkości (128 x 194,5 cm) „Bindugę” — 60 tys. zł. Było to jednak o 12 tys. zł mniej od ceny katalogowej. Niewiele taniej sprzedano w lipcu „Pejzaż” Rapackiego. W tym przypadku apetyt mogła rozbudzić niska cena wywoławcza — 5 tys. zł, która wyraźnie zachęcała do licytacji. Zupełnie inaczej rynek ocenia innego ucznia Gersona — Jana Stanisławskiego, którego już studenci nazywali mistrzem. Jego miniaturowe, nastrojowe pejzaże malowane podczas plenerów budzą nieustający zachwyt, a akwarele osiągają ceny obrazów olejnych. Tym razem licytacja oleju na tekturze o rozmiarach 14,9 x 19,5 cm rozpocznie się od 25 tys. zł, co można uznać za cenę niewygórowaną.

Nazwisko nie czyni dzieła

Z niższą ceną wraca na rynek „Zaprzęg” Józefa Brandta namalowany po 1900 r. i podpisany „Józef Brandt z Warszawy”. Miłośnik dziejów polskiego oręża, ukraińskich pól i koni, czerpiący inspiracje z literackich utworów Wincentego Pola, Bohdana Zaleskiego oraz pamiętników Jana Chryzostoma Paska i Henryka Rzewuskiego, zaczął tak sygnować swoje dzieła, gdy zniemczono jego imię. Rynek ceni jednak wcześniejsze dzieła mistrza, pochodzące z lat 70. i 80. XIX w. Wtedy doceniał go też świat.

W 1873 r. dostał Order Franciszka Józefa, dwa lata później został członkiem Berlińskiej Akademii Sztuki, a w 1878 honorowym profesorem i członkiem Akademii Bawarskiej. Otrzymał też Krzyż Kawalerski Orderu św. Michała i Order Zasługi Korony Bawarskiej, który nadawał szlachectwo królestwa Bawarii. W późniejszych czasach, gdy zamieszkał z żoną w Orońsku, malował coraz więcej i mniej się do prac przykładał. Złośliwi zaczęli nawet nazywać jego atelier warsztatem usługowym.

Artysta powoli przestawał być tak modny jak na początku jego kariery, a także dzisiaj wyższe ceny osiągają dzieła, które powstawały w jego monachijskiej pracowni. Do wyjątków należy „Utarczka” z 1902 r. sprzedana za 1,1 mln zł. Od 250 tys. zł będzie można licytować „Pejzaż z wodospadem i postaciami” holenderskiego pejzażysty Allaerta van Everdingena, a od 55 tys. zł przykuwające wzrok „Śniadanie w parku” Stanisława Eleszkiwicza.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Bednarz

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy