Szklanka mleka miała być do połowy pusta, ale będzie nieco pełniejsza, a drób — choć wciąż może obrastać w piórka — będzie musiał zmierzyć się z eksportowym hamulcem nadciągającym z Ameryki Południowej. Zweryfikowana prognoza Agencji Rynku Rolnego (ARR) w najlepszy humor wprawiła producentów mleka i przetworów. Konsumpcja miała spaść poniżej 200 litrów, tymczasem wzrośnie do 207. Powód? Poprawa sytuacji dochodowej ludności, niskie ceny produktów mleczarskich i... wzrost cen wieprzowiny.

— Rzeczywiście widać rosnące zainteresowanie. Ceny zrobiły swoje, odczuwamy jednak również wzrost świadomościkonsumentów w zakresie zdrowej diety i wpływy kuchni z innych stron świata, podbijające chociażby spożycie serów. Jestem przekonany, że możemy dojść nawet do 300 litrów na głowę, więc branża ma przed sobą świetną przyszłość — przekonuje Dariusz Sapiński, prezes Mlekovity.
Produkcja wieprzowiny, która konsumpcyjnie ma oddać częściowo pole m.in. mleku, spadła w I półroczu o 8 proc. W drugim ma być jeszcze gorzej, bo dynamika spadkowa przyspieszy do 10 proc. Powód — niskie pogłowie, będące efektem niekorzystnych cen dla hodowców. Spadek podaży spowoduje wzrost cen i ograniczenie spożycia. Według prognoz z początku roku i tak miało się skurczyć, ale o 1 kg, tymczasem obecne dane wskazują na 1,7 kg. Poza produktami mlecznymi przyczyni się do tego również drób — i jego jeszcze lepsza relacja cenowa do mięsa wieprzowego. To ona jest głównym motorem wzrostukurczaka, którego spożycie jest już na tyle wysokie, że eksperci wskazują na barierę popytu. Na mieszkańca ma jednak wzrosnąć w tym roku i tak, o 0,5 kg do 28,8 kg, czyli tyle, ile się wcześniej spodziewano. Nikt nie spodziewał się takiego wystrzału produkcji drobiu — od stycznia do maja skup żywca wzrósł aż o 23 proc. Tymczasem — jak podaje ARR — w całym roku ma sięgnąć 11 proc., co oznacza duże spowolnienie dynamiki w drugiej połowie roku.
— Oznaczałoby to, że hodowla musiałaby zostać znacząco ograniczona. Rzeczywiście w kurczaku ceny utrzymują się na niższym poziomie, co może zniechęcać część hodowców, ale mamy też bardzo dużą liczbę nowych ferm, co powinno to skompensować. W indyku też ewentualne większe zmiany może być widać nie wcześniej niż na koniec roku — mówi Piotr Kulikowski, prezes Indykpolu.
Jego zdaniem, żeby doszło do znaczącego wyhamowania dynamiki w drugiej połowie roku, musiałyby nagle gwałtownie wzrosnąć ceny pasz, albo ceny kurcząt dramatycznie spaść. Na razie nic tego nie zapowiada.
— Ewentualnym hamulcem mogą być jakieś problemy z finansowaniem sektora. Jednak na razie nic o tym nie słychać — dodaje Piotr Kulikowski.
Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom słabsze ma być tempo wzrostu eksportu. Spodziewano się dynamiki mniejszej od 17 proc., a obecna prognoza mówi rzeczywiście o mniejszej liczbie, ale znacznie, bo o 11 proc. Za wzrostem eksportu przemawia — przewaga cenowa i wzrost konsumpcji drobiu, ale jego hamulcem będzie „duża konkurencja ze strony Brazylii”. Tu również, przynajmniej na razie, prezes Indykpolu nie widzi zagrożenia.
— Brazylijski eksport wspiera słaba waluta, ale konkurencyjność hodowli, a więc i mięsa hamuje wysoka cena zbóż, które opłaca się wywozić, a nie sprzedawać lokalnym producentom na pasze. Tamtejsze władze zaczynają się nawet zastanawiać nad wprowadzeniem dodatkowych ceł, żeby zatrzymać je w kraju. Jako producent drobiu nie postrzegam jednak Brazylii jako znaczącego konkurenta — zaznacza Piotr Kulikowski. Zmian spodziewać się powinien również sektor wołowy. Produkcja miała być „nieco wyższa”. Będzie o 3 proc. niższa.