Przewoźnik rezygnuje z latania za granicę. Przecenił popyt. Rozszerzy działalność na trasach krajowych.
Direct Fly, polski przewoźnik, który wystartował w kwietniu, został zmuszony do zrewidowania planów. Linia stawiała zarówno na loty krajowe, jak i zagraniczne, ale te drugie poniosły klęskę. Direct Fly chciał wozić pasażerów m.in. na Ukrainę. Na przeszkodzie stanęło weto tamtejszych władz. Polskę i wschodniego sąsiada łączy bowiem umowa bilateralna wyznaczająca po jednym przewoźniku z każdej strony (z naszej LOT), który może regularnie latać.
— Mieliśmy pozwolenie na określoną liczbę połączeń w miesiącu. Aby pokazać pasażerom, że są one pewne, umieściliśmy je w rozkładzie jako czartery regularne. Strona ukraińska zinterpretowała to jako połączenie rejsowe i zgodę cofnęła — wyjaśnia Sebastian Stępak, rzecznik Direct Fly.
Ponadto za każdym razem trzeba było prosić o zezwolenie na lądowanie na Ukrainie i czasem taka informacja docierała dopiero kilka minut przed startem.
— Trudno w takich warunkach sprzedawać bilety — wyjaśnia Sebastian Stępak.
Direct Fly ma nadzieję, że odzyska zgodę w ciągu 2-3 miesięcy.
Z kolei połączenia z Berlinem i Kopenhagą okazały się pomysłem nietrafionym — zabrakło chętnych.
Spółka zostaje natomiast przy lotach krajowych. Sukces odniosło połączenie Warszawa—Wrocław, i to mimo rosnącej konkurencji. LOT zwiększył bowiem ofertę na tej trasie, a do walki dołączył Centralwings. Dobrze sprzedają się też połączenia Kraków—Gdańsk i Wrocław—Gdańsk. Zawieszona jest za to trasa Warszawa—Gdańsk.
— Wrócimy na nią za 2-3 tygodnie po uporządkowaniu siatki połączeń — mówi Sebastian Stępak.
Firma wciąż myśli o rozszerzaniu działalności w kraju, w tym o lotach do Poznania, ale to perspektywa następnych trzech miesięcy.
Direct Fly powstał na bazie SkyExpress, spółki wyrosłej z AirPolonii Cargo. Jego właścicielami są członkowie zarządu: Jan Szczepkowski (udziałowiec AirPolonii), Adam Moczulski oraz dwa fundusze: Ilski Capital Limited oraz Grove Holding.