Mniejszościowy gabinet przetrwał pierwszy rok

Jacek Zalewski
opublikowano: 2002-10-18 00:00

Jutro upływa dokładnie rok od inauguracyjnej sesji Sejmu IV kadencji oraz od powołania przez prezydenta i zaprzysiężenia Rady Ministrów. W ów radosny dla zwycięzców wyborów piątek, 19 października 2001 r., Aleksander Kwaśniewski na zakończenie uroczystości wydał nowym ministrom zarządzenie: „nie mamy prawa zawieść!”. Akcent położył na „my”, potwierdzając całkowite utożsamianie się z programem i składem nowej ekipy.

Tytuł niniejszego rocznicowego komentarza czytelnika zaskakuje — jak to „mniejszościowy”? Przecież Leszek Miller, przewodniczący Sojuszu Lewicy Demokratycznej i prezes Rady Ministrów, dysponuje:

- na każde pstryknięcie palcami — 195 sejmowymi „szablami” SLD (choć klub przez rok nieco stopniał) i 16 klubu Unii Pracy;

- pewnym poparciem 41-osobowego klubu PSL w głosowaniach nad RZĄDOWYMI projektami ustaw, sporadyczną (jakże przydatną) pomocą Samoobrony, a także selektywnym wsparciem klubów opozycyjnych;

- parasolem ochronnym rozpiętym przez prezydenta — o czym wspomnieliśmy na początku.

Nietrudno się domyślić, że w tytule kryje się przewrotność, zainspirowana zresztą przez Leszka Millera. Podczas spotkania z Business Centre Club premier wyżalał się przedsiębiorcom — zarzucającym państwu polskiemu oszukanie ich w związku ze sprawą CIT — że rząd to by im nieba przychylił, lecz dla stawki 24 proc. nie uzyskałby... większości w Sejmie. Premier dodał, że ledwie uda mu się obronić 27 proc. — wielu posłów proponuje zamrożenie stawki 28 proc. Cały ten wywód ociekał hipokryzją, albowiem wystarczyłoby NIE TYKAĆ ustawy o CIT i zostawić ją w brzmieniu obowiązującym od roku 1999! Przecież gdyby nie projekt rządowy, to żaden przysłowiowy pies z kulawą nogą, pardon, poseł — nawet by nie wspomniał o nowelizacji.

Podsumowywanie rocznego dorobku rządu wywołuje polaryzację ocen jego szefa. Leszek Miller wielokrotnie okazywał się zarówno nowoczesnym politykiem z otwartą głową, jak i zimnym funkcjonariuszem aparatu partyjnego. Na półce górnej na pewno należy umieścić politykę zagraniczną. Najwyżej — postawienie przez premiera całej puli na integrację Polski z Unią Europejską. Na samym dnie sytuują się natomiast beznadziejne narady aktywu społeczno-gospodarczego, podczas których propagandowy poklask mieszał się z zażenowaniem przedsiębiorców. Być może taka rozbieżność ocen jest pochodną zróżnicowania klasy doradców premiera. Tematykę zagraniczną prowadzi światowy Tadeusz Iwiński, krajowy gabinet polityczny zaś — Lech Nikolski, bliższy Białej Podlaskiej.

Podobnie jak Samoobrona wpisała do swojego statutu hasło „Balcerowicz musi odejść” — tak Leszek Miller codziennie od porannego golenia powtarza sobie tezę o konieczności cięcia stóp procentowych, wplataną do każdego wystąpienia na tematy gospodarcze. Wielka szkoda, że jego polityczna świadomość przez cały rok odrzucała inne zadanie, którego wykonanie okazałoby się bardziej pożyteczne dla Polski: „reforma finansów publicznych”. Właśnie to zaniechanie jest najcięższym grzechem resortu finansów, całego rządu oraz premiera osobiście.

Ponad miesiąc temu Leszek Miller przeżył ogromne rozczarowanie, o którym chciałby jak najszybciej zapomnieć. 11 września w programie TVP 2 „Linia specjalna” poniósł spektakularną klęskę. Przypomnijmy wynik: jego tezy i politykę poparto 23 430 połączeniami telefonicznymi i SMS-ami, natomiast głosów przeciwnych komputer przyjął aż 43 372. Żeby jakoś załagodzić ten nieodpowiedzialny wybryk widzów, telewizja publiczna uczci rocznicę rządu wyemitowaniem hagiograficznego filmu o tygodniu ciężkiej pracy premiera.

Rok temu radziliśmy biznesowym czytelnikom „PB” przyjęcie wobec lewicowej władzy opcji KRYTYCZNEJ ŻYCZLIWOŚCI. I podtrzymujemy tę radę, ponieważ obecny układ rządowy w Polsce nie ma żadnej alternatywy. Gdyby nawet rozbieżności w sprawie rolniczych negocjacji z Brukselą wyprowadziły PSL z koalicji — co jest czystą abstrakcją — to i tak mniejszościowy rząd Leszka Millera przetrwa trzy kolejne lata. Wymiana premiera w trybie konstruktywnego wotum nieufności jest absolutnie niemożliwa. Jedyną zagrażającą mu miną, którą notabene podłożył sobie sam, jest wynik referendum w sprawie przystąpienia Polski do UE. Akurat w tej sprawie środowiska przedsiębiorców powinny robić wszystko, żeby tlący się lont natychmiast zagaszać.