Moralne jak w banku

Rozmawiał Łukasz Ostruszka
07-08-2018, 22:00

Alina Rakowska, prezes Banku Spółdzielczego w Cieszynie, dowodzi, że bankowiec nie musi pałać żądzą zysku, uczestniczyć w wyścigu szczurów i naciągać klientów

„PB”: Wszyscy marzą o pracy w dużych koncernach finansowych, a pani karierę związała z lokalnym bankiem spółdzielczym. Dlaczego?

BANKOWIEC STĄD:
Zobacz więcej

BANKOWIEC STĄD:

Alina Rakowska — z wykształcenia prawnik, związana z bankowością od ponad 20 lat, w tym na stanowisku prezesa zarządu Banku Spółdzielczego w Cieszynie od lat 16. Interesuje się problematyką społeczno-gospodarczą oraz historią, w szczególności Ziemi Cieszyńskiej. Fot. BARTEK BARCZYK

Alina Rakowska: Banki spółdzielcze działają lokalnie i ta lokalność jest tym, co najbardziej mi się podoba. Taki bank zna ludzi, którym oferuje usługi, zna tych, którzy stoją za biznesem, z którym współpracuje. Siedziby banków zwykle mieszczą się w stosunkowo niewielkich miastach, więc część podatków z wypracowywanych zysków trafia do samorządów, dywidendy też trafiają do lokalnych mieszkańców. Realizujemy więc zadania związane z tym, aby nasi klienci i nasi członkowie, działający często bardzo lokalnie, mieli dobrą usługę bankową i stawali się bogatsi.

Czy to ma wpływ na ograniczenie zapędów do maksymalizacji zysku za wszelką cenę?

Nie jesteśmy ukierunkowani na maksymalizację zysku, do czego dążą duże instytucje finansowe. Co zrozumiałe, interes regionu nie zawsze jest dla nich tak samo istotny, jak interes korporacji. Można górnolotnie, ale też zgodnie z prawdą, powiedzieć, że my możemy sobie pozwolić na większe zainteresowanie czymś, co nazywam „interesem społecznym”. To bywa trudne, bo banki spółdzielcze są regulowane bardzo podobnie jak komercyjne.

Pytam o inspirację spółdzielczością, bo wydaje mi się, że dla ludzi pracujących w wielkich korporacjach finansowych może to być świeży powiew, odtrutka na smutną korporacyjną rzeczywistość.

Zysk jest bardzo ważny. Każda instytucja powinna generować zysk, bo on umożliwia rozwój. Również nasz bank większość zysku przeznacza na wzmocnienie kapitałowe. Od wielu lat angażujemy się jednak w projekty społeczne. Mogę myśleć o zapewnieniu pracownikom odpowiednich warunków pracy czy reagować na różne losowe przypadki w ich rodzinach. To wszystko generuje koszty, ale to są ludzie, którzy żyją tutaj i są częścią lokalnej społeczności, są dla nas ważni. Można powiedzieć, że udało nam się „nie wkręcić” w paranoję maksymalizacji zysku.

Ma więc pani pewien komfort, którego często nie mają menedżerowie większych instytucji. Tam presja na wynik jest ogromna.

Można sobie poczytać opowieści różnych skruszonych bankierów o tym, jak musieli wciskać ludziom trefne produkty. Bardzo często nawet pracownicy do końca nie rozumieją, jakie produkty oferują i jakie ryzyko jest z tym związane. Mamy z tym dziś problem w bankowości komercyjnej. Przypomnę, że banki spółdzielcze takich produktów nie oferowały. Nasza instytucja działa na ziemi cieszyńskiej od 145 lat i marzy mi się, by działała kolejne 100, a to oznacza, że nie możemy proponować produktów, na których nasi członkowie, klienci stracą pieniądze.

To także kwestia odpowiedzialności zarządów. Kryzys dowiódł, że ludzie na szczycie nie zawsze są gotowi ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje czy brak właściwej kontroli.

W tym wymiarze spółdzielczość też ma przewagę — oczywiście przy założeniu, że organizacja jest właściwie i etycznie prowadzona. Pracownicy banków spółdzielczych są na ogół związani ze swoimi pracodawcami długoterminowo. To w większości niewielkie organizacje. Mała rotacja pracowników daje większe poczucie stabilizacji. Ludziom podoba się to, że pani Asia pracowała tutaj osiem lat temu, dwa lata temu i jest do teraz. W sektorze finansowym powinna się liczyć nie tylko cena produktu, ale także to, z kim będzie się rozmawiać za kilka lat, co ma szczególne znaczenie w przypadku długoterminowych kredytów. Naszym pracownikom przypomina to o odpowiedzialności za każdą rozmowę.

Czy takie podejście wytrzyma konkurencję na współczesnym rynku bankowym?

Niestety mam mieszane uczucia. Z jednej strony, wszyscy są zmęczeni gigantycznymi korporacjami i anonimowością, szukają normalnych relacji i kontaktów ze zwykłymi ludźmi. Technologia technologią, ale człowiek stanowi pewną wartość.Niejednokrotnie możemy podejmować decyzje, na które klienci nie mają szans w dużych bankach komercyjnych. Z drugiej strony, ekonomia codzienności jest bezwzględna i trzeba ograniczać koszty, podwyższać zarobki pracowników, bo mamy przecież rynek pracownika, a także spełniać wymogi państwa, w tym dostosowywać systemy informatyczne do nowych rozwiązań. To nie jest tanie.

Szansą może być oddolny ruch protestu. Paradoksalnie młodzi ludzie nie lubią dużych instytucji i stawiają na to, co lokalne.

Wszyscy mówią, że bankowość spółdzielcza w Polsce jest na zakręcie. Na Zachodzie grupy spółdzielcze są w bankowości silne. Ludzie lubią korzystać ze swoich lokalnych banków, bo doskonale rozumieją, że ich pieniądze napędzają gospodarkę ich małych ojczyzn, za pośrednictwem lokalnego banku, którego często są członkami, czyli współwłaścicielami.

Z pani perspektywy, jako szefa instytucji z małego miasteczka, która nie stawia sobie za cel maksymalizacji zysku — co jest największym wyzwaniem moralnym dla współczesnej bankowości?

Na pewno uczciwość i przejrzystość w przygotowywaniu ofert. Dotrzymywanie tego, co się ustaliło, i szczerość wobec klienta. Banki powinny też dbać o proces edukacyjny, żeby klienci widzieli, co tak naprawdę decyduje o atrakcyjności oferty. Z pieniędzmi jest trochę jak z wiarą — muszę uwierzyć, że po drugiej stronie jest ktoś, kto mnie nie oszuka. W zasadzie od wieków nic się nie zmieniło.

A czy z uczciwością Polaków jest gorzej niż kiedyś?

Na pewno jest coraz gorzej. Kolejne pokolenia niekoniecznie uważają, że należy regulować swoje zobowiązania. Niebezpieczne jest wyrzucanie z życia gospodarczego etyki. Bez powszechnie uznawanych norm moralnych bardzo trudno jest prowadzić biznes. Nigdy nie wiadomo, jakie są rzeczywiste intencje partnera biznesowego. Spada zaufanie, które przecież powinno być filarem relacji gospodarczych.

Na tym wygrywają kraje skandynawskie, które w społeczne DNA mają wpisane zaufanie.

Brak zaufania powoduje nieprawdopodobny wzrost kosztów i biurokracji. Państwo nie ufa obywatelom, a obywatele państwu i sobie nawzajem. Toniemy w ustawach i rozporządzeniach, które trudno zrozumieć, wdrożyć i zastosować.

Na koniec pytanie najtrudniejsze. Łatwo się o tym wszystkim mówi, ale czy da się w takiej rzeczywistości zarobić?

Porównałam kiedyś kwoty. Wszystkie nasze bankowe roczne wydatki na wynagrodzenia dla pracowników, łącznie z zarządem, a w sumie mowa o 55 osobach, były równe rocznej gaży zaledwie jednego członka zarządu dużego banku komercyjnego, bez ustawy kominowej. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Rozmawiał Łukasz Ostruszka

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Banki / Moralne jak w banku