Mówią po twojemu

Anna Dermont
opublikowano: 21-09-2006, 00:00

Niewielu przedsiębiorców w dorosłym życiu potrafi zarabiać pieniądze na swojej dziecięcej pasji. Takim jest Andrzej Hildebrandt.

Kiedy na początku XXI w. zaczął myśleć o założeniu własnej firmy, nie miał wątpliwości, w jakiej branży chce działać.

— Przekład tekstu od dzieciństwa był moim hobby. Lubiłem literaturę science fiction i fantasy, której dobrych tłumaczeń było jak na lekarstwo. Żeby czytać ulubione książki, sam zająłem się ich tłumaczeniem — wspomina Andrzej Hildebrandt.

W 2002 r. założył firmę Quendi Language Services (QLS).

— Wtedy w Polsce brakowało profesjonalnych tłumaczeń z takich dziedzin jak prawo czy finanse. Zamiast jakości na rynku dominowała konkurencja cenowa — mówi Andrzej Hildebrandt.

Podczas studiów na uniwersytetach Warszawskim i Rzymskim oraz pracy jako wykładowca tłumaczeń na UW poznał wielu miłośników języków, których zwerbował do swojej firmy.

— Nie znałem się na prowadzeniu biznesu, ale wiedziałem, jak wykorzystać doświadczenie zawodowe, zebrane między innymi podczas pracy jako wykładowca, tłumacz przysięgły, kabinowy czy konferencyjny, aby wizytówką mojej firmy były profesjonalizm i wysoka jakość — mówi założyciel QLS.

Szansa jedna na milion

O profesjonalnej akcji promocyjnej dla raczkującej firmy mógł tylko pomarzyć.

— Jedyna skuteczna reklama, na którą wtedy było nas stać, to „word of mouth”. Wszystkie oszczędności poszły na wykształcenie tłumaczy — kosztowne szkolenia językowe z zakresu prawa, systemów podatkowych, ekonomii, mediów, transportu i spedycji, medycyny i wojskowości. Trzeba też było kupić profesjonalne słowniki, fachową literaturę i sprzęt komputerowy — opowiada Andrzej Hildebrandt.

Uznał jednak, że da sobie radę bez pożyczania pieniędzy. Pomogła zresztą Unia Europejska.

— Wejście do UE było dla nas windą do sukcesu. Coraz więcej polskich firm nawiązywało współpracę z zagranicznymi kontrahentami, ale brakowało im osób przygotowanych na przykład do pisania i tłumaczenia dokumentów — wyjaśnia Andrzej Hildebrandt.

Rozwijał także współpracę ze specjalistycznymi wydawnictwami językowymi.

— Na opublikowanie czekały miliony pozycji obcojęzycznych. Zajęliśmy się pełnym outsourcingiem procesu redakcyjnego, między innymi wstępną selekcją książek pod względem wartości literackich i nośności marketingowej, tłumaczeniem, redakcją, korektą i sprawdzaniem poprawności merytorycznej i językowej — wymienia założyciel QLS.

Ciekawy wynalazek

Usługami Quendi zaczęli się interesować coraz więksi klienci — instytucje i korporacje międzynarodowe.

— Właściciel firmy wpadł wtedy na pionierski pomysł. W 2005 roku uruchomiliśmy pierwszy w Polsce internetowy serwis — Quendi Auxilium — oferujący tłumaczenia dla dużych firm — mówi Magdalena Grala, kierownik projektu Quendi Auxilium.

Klient wchodzi na stronę internetową i wysyła e-mailem tekst do przekładu. Zamówienie odbiera koordynator, który przydziela je odpowiednim tłumaczom.

— Stali klienci w ramach abonamentu mają do wykorzystania na przykład 200 punktów, co jest równowartością około 4200 zł. Strona tłumaczenia w trybie zwykłym ma wartość dwóch punktów, w ekspresowym trzech — wyjaśnia Tomasz Michalski, marketing menedżer.

Odbiorcy nieregularni wykupują pakiet z punktami, który mogą zrealizować w sześć miesięcy. To mechanizm prepaid znany z telefonii komórkowej.

Firmowa perełka

Serwis przyniósł firmie dwukrotnie większe zyski niż inne tłumaczenia i kilkakrotnie więcej klientów.

— Użytkownikom spodobało się, że nad ich zleceniami pracuje kilku tłumaczy. To gwarancja terminowej realizacji zamówienia. Etatowy tłumacz może wziąć urlop, zachorować, nie pracować w weekendy itd., poza tym nie przełoży dziennie więcej niż siedem stron. Dla nas 400 stron w siedem dni przy pojedynczym zleceniu to chleb powszedni — mówi Andrzej Hildebrandt.

Zaletą Quendi Auxilium jest i to, że ci sami tłumacze zajmują się klientem przy kolejnych zleceniach.

— Dzięki temu uczymy się języka danej firmy, a przekłady najwierniej oddają jej charakter — dodaje Magdalena Grala.

A co z przyszłością?

— Ekspansja za ocean. Będziemy pierwszą firmą tłumaczeniową w Polsce, która otworzy filię w Nowym Jorku. Jeśli chodzi o mnie — wracam do szermierki. Poza tym skończyłem tłumaczyć jedno z najbardziej kultowych dzieł dla menedżerów „O wojnie” pruskiego generała Carla von Clausewitza. Mam nadzieję, że to nie przestraszy naszej konkurencji — żartuje Andrzej Hildebrandt.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Dermont

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu