Musi się znaleźć 307 sprawiedliwych

Jacek Zalewski
opublikowano: 2005-01-12 00:00

Środowiska biznesowe ze zrozumiałym zainteresowaniem przyjęły informację, że kierownictwo SLD uzgodniło z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim przeprowadzenie wyborów parlamentarnych już 19 czerwca, zamiast dopiero 25 września. Skrócenie kadencji parlamentu o trzy miesiące skróciłoby jednocześnie okres prowizorki w zarządzaniu państwem. Niezależnie od deklaracji Marka Belki, iż premierostwa podjął się na jeden rok, i tak wiadomo, że po wyborach władzę w Polsce przejmie opcja, która zapowiada głębokie zmiany, również w polityce gospodarczej. Mają być one tak głębokie, że według stanu na dzisiaj — otoczone są całkowitą tajemnicą.

Ponieważ polityka państwa członkowskiego Unii Europejskiej musi być przewidywalna, zatem zamiar samorozwiązania się Sejmu (co oznacza automatyczne rozwiązanie Senatu) wypada ocenić jednoznacznie jako chwalebny. Jest tyko jeden problem — otóż już kiedyś słyszeliśmy wspólne oświadczenie prezydenta i premiera Leszka Millera (i to w epoce „mówimy Miller, a w domyśle partia, mówimy partia, a w domyśle Miller”) o wyborach 13 czerwca 2004 r. i do parlamentu europejskiego, i krajowego. Okazało się to dętym balonem propagandowym, który pękł dosłownie po kilku dniach.

Dlatego naprawdę radzimy poczekać na wydruk na sejmowej tablicy po głosowaniu. Do skrócenia kadencji potrzeba co najmniej 307 głosów. Zdecyduje postawa posłów SLD, z których wielu zasiada na Wiejskiej ostatni raz w życiu. Każdy, kto przypadkiem zaśpi, zabłądzi, utknie w toalecie etc. — opowiada się PRZECIWKO skróceniu kadencji. Na razie wiadomo, że tak zagłosuje trwale nieobecny Andrzej Pęczak. Ale nie będzie on jedyny...