Na giełdach zbliża się czas rozstrzygnięć

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-12-13 00:00

To ostatni zwykły tydzień przed Świętami Bożego Narodzenia. A więc i ostatnia szansa na jakieś wyraźne ruchy na giełdach. Potem niewielu graczom będzie się chciało handlować akcjami.

Z Ameryki

Minął tydzień niewielkich zmian indeksów i dużych ruchów na rynku walutowym. Co ciekawe, wolumen obrotów na rynku akcji był nadal olbrzymi. Nieraz przypominałem, że tak duży wolumen przy małych zmianach indeksów na wysokich poziomach często sygnalizuje dystrybucję. Wtorkowy duży spadek indeksów bardzo mi się nie podobał, bo był wyraźnie sprowokowany wyprzedażą kontraktów. Kto i dlaczego sprzedaje dużą ilość kontraktów w czasie, gdy wszystko sygnalizuje ciąg dalszy hossy? Być może odpowiedź znajdziemy w indeksach nastrojów inwestorów. W zeszłym tygodniu Investors Intelligence poinformował, że liczba byków sięgnęła szczytu z lutego 2001 r. (60,8 proc.). Gdyby w Polsce Wigometr był na takim poziomie, wiedziałbym że nastąpią duże spadki indeksów. W USA to takie proste nie jest. Badając historię notowań amerykańskich, można wyciągnąć wniosek, że na przełomie roku może czekać nas jeszcze jakiś wzrost, ale potem zaczną się problemy.

Indeks S&P500; tkwi między 50- a 61,8-proc. zniesieniem bessy, co każe rynek traktować bardzo podejrzliwie. Przy okazji warto wspomnieć, że wielu polskich analityków zwraca uwagę przede wszystkim na indeks DJIA. To błąd. Na giełdzie NYSE notowanych jest blisko 3400 spółek, a na NASDAQ ponad 3000. Indeks DJIA obejmuje tylko 30 z nich (mniej niż 0,5 proc., przy czym tylko dwie z NASDAQ), a indeks S&P500; składa się z 500 spółek, co stanowi blisko 8 proc. całości. Jeszcze szerszym indeksem jest NASDAQ Composite (ten najbardziej znany), w którego składzie są wszystkie spółki notowane na giełdzie NASDAQ. U nas indeks WIG20 obejmuje 10 proc. wszystkich spółek i jest mniej więcej zbliżony do S&P500;, ale najlepszym indeksem jest WIG obejmujący 55 proc. spółek. Z tego prosty wniosek, że równoważny indeksowi DJIA byłby u nas indeks składający się z... jednej spółki. Śmieszne? Oczywiście. Ale tak szeroki jest właśnie indeks DJIA, więc ocenianie giełd albo gospodarki amerykańskiej tylko przez jego pryzmat (nawet jeśli są to największe spółki) jest wielkim nieporozumieniem. Apeluję do mediów i analityków, by zdecydowanie większą uwagę przywiązywali do indeksu S&P500;.

Wydarzeniem minionego tygodnia było wzmocnienie dolara. Ale czy naprawdę wydarzeniem? Korektę rozpoczęło osłabienie jena, co nie mogło dziwić, bo z Japonii nadchodziły kolejne słabe dane makro. Zamówienia inwestycyjne sektora prywatnego nieoczekiwanie spadły w październiku, spadł również po raz drugi z rzędu indeks sygnalizujący stan gospodarki w następnych trzech miesiącach, a PKB w III kwartale wzrósł jedynie o 0,1 proc. Prosta to droga do recesji. Inwestorzy czekali również na raport Banku Japonii, który ma być opublikowany w środę i zapewne pokaże znaczne osłabienie nastrojów wśród tamtejszych biznesmenów. Impulsem do wzmocnienia waluty amerykańskiej były również informacje z Chin, które zapowiedziały, że nie będą wyprzedawały dolarów ze swoich rezerw. Chińskie dane makro też mu pomagały, osłabiając jena (niejako w zastępstwie juana). Dynamika produkcji przemysłowej spadła do 18-miesiecznego minimum, a inflacja wzrosła w listopadzie o 2,8 proc. (oczekiwano 4 proc.), znacznie zmniejszając ryzyko podwyżki stóp. Prawdopodobne jest też, że dolarowi pomagała gra przed posiedzeniem FOMC (komitetu sterującego polityką monetarną USA). Dla rynku to dobry pretekst do realizacji zysków przed końcem roku. I to ona mogła być głównym powodem tak znacznego umocnienia dolara. O zmianie dwuletniego trendu moglibyśmy mówić dopiero po przełamaniu poziomu notowań równego 1,244 USD za euro.

Tym razem tydzień będzie bogaty w wydarzenia. Teoretycznie najważniejsze powinno być posiedzenie FOMC, ale decyzja banku jest tak oczywista (wzrost stóp o kolejne 25 pkt baz.), że rynek będzie czekał tylko na komunikat po posiedzeniu. Danych makroekonomicznych będzie bardzo dużo. Już w poniedziałek dowiemy się, jaka była w listopadzie sprzedaż detaliczna. Na rynek walutowy mocniej powinny wpłynąć dane o bilansie handlu zagranicznego i o inflacji w cenach konsumentów (CPI). O stanie gospodarki powiedzą nam indeksy Fed z Filadelfii i Chicago. Dowiemy się, jaka sytuacja jest na rynku nieruchomości. Liczba rozpoczętych budów domów powie nam, czy można mówić o początku końca hossy. Duży wpływ na rynki mogą mieć też wyniki kwartalne Lehman Brothers, Goldman Sachs i Oracle. Będzie to również ostatni normalny tydzień przed świętami. Z tego wynika, że praktycznie jest to ostatnia szansa na wyraźne ruchy, bo potem nikomu nie będzie się chciało handlować. Faktem jest jednak, że klasyczny rajd św. Mikołaja występuje często między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem, kiedy obroty są bardzo małe, więc inwestorzy powinni spróbować wyprzedzić ten ruch i indeksy powinny wzrosnąć. Gdyby jednak tak się stało, trzeba by założyć, że hossa się już kończy, a ewentualne szarpniecie rynkiem na przełomie roku będzie jedynie szansą na opróżnienie portfela akcji. I to jest bardzo prawdopodobne.

Z Polski

Oczekiwania przed rozpoczęciem minionego tygodnia były duże, ale skończyło się rozczarowaniem. Po poprzednim wybiciu indeksy osuwały się, nie potwierdzając sygnału kupna. Obroty były nadal duże, więc nie można powiedzieć, by u nas nie było kapitału zagranicznego. Jest, ale ciągle nie wiadomo, która frakcja wygra: byki czy niedźwiedzie.

Wydarzeniem tygodnia było osłabienie złotego. Wpływ na nie miało przede wszystkim słabsze euro, ale nie tylko. Po interwencji walutowej w Rumunii, Chorwacji i Brazylii oraz po sporym spadku cen złota i wzroście prawdopodobieństwa spadku stóp procentowych w Afryce Południowej traciło wiele walut z emerging markets. Warto zauważyć, że najwcześniej zaczął spadać forint. Wybił się z klasycznego klina spadkowego, co bardzo często poprzedza zmianę trendu. Rynek węgierski często wyprzedza polski. Trzeba też wziąć również pod uwagę zapowiedzi polskiego ministra finansów. W styczniu 2005 r. rząd wyemituje euroobligacje za 1,5 mld EUR, a potrzeby pożyczkowe w I kwartale będą znacznie niższe niż rok wcześniej. Z tego wniosek, że mniej kapitału portfelowego będzie wpływało do Polski. A to już samo w sobie może złotego osłabić. Zresztą w ostatnich kilku latach nasza waluta zazwyczaj traci w styczniu. W przypadku dolara rozpoczęła się korekta trwającego od sierpnia trendu umacniania złotego. Zapowiada się, że potrwa czas dłuższy, a polska waluta może nadal tracić, chociaż nie oznacza to, że będzie tak codziennie. Odwrócenie mocnego trendu rzadko następuje gwałtownie. Wątpię, by wpłynęło na rynki posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, które odbędzie się w tym tygodniu. Od ostatniego spotkania RPP w gospodarce nic się nie zmieniło i Rada nie ma innej możliwości, jak zostawić stopy procentowe na niezmienionym poziomie.

Przez cały zeszły tydzień media mówiły o podejrzeniach wobec zarządzających funduszami o zakup akcji Stomilu Sanok po zawyżonej cenie. Sprawą zajmuje się KPWiG i nie będę jej komentował, ale nie mogę jej zupełnie milczeć. W zeszłym roku kilka razy w „Pulsie Bieznesu” oraz na stronie internetowej, gdzie zamieszczam codzienne komentarze, pisałem o zadziwiającym zjawisku: w chwilach, gdy rozpoczęcie hossy wydawało się bardzo prawdopodobne, polskie fundusze pozbywały się akcji. Kupowała je zagranica. Taka sytuacja bardzo często się powtarza, a nasze fundusze często kupują akcje, kiedy zagranica realizuje już zyski. Robi to złe wrażenie, ale udowodnienie komukolwiek zmowy jest bardzo trudne. Warto byłoby wyczyścić nasz rynek, bo na tak wąskiej giełdzie pokusa manipulacji kursami jest olbrzymia. Nie wiem, czy prawo jest niedoskonałe, czy też KPWiG nie ma odpowiednich narzędzi do jego egzekwowania, ale ktoś powinien się tym zająć. Na razie nikt nie został ukarany, a to tworzy atmosferę bezkarności, w której wszystko wolno. Z pewnością nazbyt optymistyczne są takie opinie, jakie wygłasza Bogusław Grabowski, szef PTE Skarbiec Emerytura należącego do BRE Banku (mówi, że zmowa funduszy jest „absolutnie wykluczona”). Nie pomaga w oczyszczeniu rynku także mówienie, że jest „... o wiele więcej wykroczeń, czy przestępstw przeciwko prawu o obrocie papierami wartościowymi w zakresie wykorzystania informacji niejawnych, poufnych, i nie wiem jak to się dzieje, że do tej pory KPWiG była niezdolna do wykrycia albo doprowadzenia sprawy do końca”.

W nadchodzącym tygodniu ta sprawa nie powinna mieć wpływu na rynek, bo karty teraz rozdają fundusze zagraniczne, a nie nasze. Popatrzmy na to, co dzieje się na rynku pierwotnym. Debiut TVN był jeszcze bardzo dobry (IVAX to zupełnie inny przypadek), ale po odłożeniu oferty pierwotnej Cinema City i Eurocashu otrzymaliśmy kolejny „niedźwiedzi” sygnał – bardzo słaby debiut Polcoloritu. Mówi się, że to „afera funduszy” osłabia popyt, ale tak naprawdę, to można się obawiać, że hossa powoli się kończy. Warto spojrzeć na wykres czeskiego PX50. Tam trwała wręcz książkowa piąta, ostatnia fala hossy. W środę indeks spadł o 1,2 proc., a w czwartek o 2,8 proc. I wyraźnie rysuje na wykresie podwójny szczyt, zapowiadający zmianę trendu. W strefę spadków skręca również węgierski BUX.

Sądząc po Wigometrze, byki na GPW w tym tygodniu powinny wygrać, bo proporcje się odwróciły. Teraz niedźwiedzi jest blisko 50 proc., a to często wywołuje zwyżki indeksów. Jednak wygląd wykresów jest niesympatyczny, bo nie tak powinien wyglądać rynek hossy po wybiciu. Poza tym niepokoi także mała formacja podwójnego szczytu na wykresie WIG, a oscylatory są bliskie wygenerowanie sygnału sprzedaży. Spadki cen ropy i dwa okna bessy na wykresie miedzi też nie mogą napawać optymizmem, bo PKN i KGHM są spółkami, które same mogą indeksami poruszyć. W tej sytuacji trzeba założyć, że jeśli podczas pierwszych dwóch sesji tygodnia popyt nie uderzy, to powstanie sygnał sprzedaży, a prawdopodobieństwo zakończenia hossy mocno wzrośnie.