Na kłopoty dobry jest rak sygnałowy

Ryszard Gromadzki
05-07-2004, 00:00

Przed wojną raki były polską specjalnością eksportową. Obecnie, po zgubnym dla nich okresie „gospodarki socjalistycznej”, powoli wracają do łask rybaków.

Nawet 200 USD za kilogram polskich raków błotnych i szlachetnych gotowi są zapłacić zagraniczni, przede wszystkim szwedzcy, kontrahenci. Ta cena robi wrażenie, ale trzeba pamiętać, że zanim rak osiągnie wzrost (minimum 10 cm) kwalifikujący go do sprzedaży, musi upłynąć 7 lat. W Polsce hodowlą raków para się już kilkudziesięciu hodowców, żywo zainteresowanych nią jest kilkuset kolejnych. Firma Aquamar z Miastka (województwo pomorskie) jako jedyna w kraju robi to na skalę przemysłową.

Na przekór kłusownikom

— Rakami zajęliśmy się 10 lat temu, po przekształceniu Państwowego Gospodarstwa Rybackiego w spółkę pracowniczą — opowiada Andrzej Marczyński, szef Aquamaru.

Firma koncentruje się przede wszystkim na hodowli ryb łososiowatych (m.in. łososi, pstrągów, jesiotrów, troci), do hodowania raków zmusiła ją konieczność.

— Administrujemy kilkoma jeziorami i stawami śródleśnymi, w których kiedyś hodowaliśmy karpie. Niestety w okolicach Miastka występuje olbrzymie bezrobocie, głównym zajęciem wielu ludzi jest kłusownictwo. Ten proceder przyjął takie rozmiary, że hodowla karpi stała się w pewnym momencie zupełnie nieopłacalna. Wtedy postanowiliśmy wpuścić raki do akwenów najbardziej ulubionych przez kłusowników. Pomogło — opowiada Andrzej Marczyński.

Obecnie Aquamar hoduje raki na wodach o powierzchni 50 ha.

— W większości są to raki sygnałowe, które sprowadziliśmy ze Szwecji (są mniej wymagające od polskich kuzynów i 3 razy szybciej rosną), ale mamy też raki błotne i szlachetne. W tym roku spodziewamy się pół tony przychówku — szacuje szef Aquamaru.

Ze zbytem nie ma żadnego kłopotu. Całą produkcję odbierają na pniu firmy cateringowe. Raki są podawane jako przysmak na ekskluzywnych imprezach, a niekiedy służą tylko jako ozdoba stołów.

— Zainteresowanie handlu rakami jest bardzo duże, ale na razie produkcja jest zbyt mała, żebyśmy mogli wejść do sieci. Na razie w supermarketach znaleźć można tylko raki z Luizjany (w rzeczywistości hodowane w Chinach), ale nasze są nieporównanie smaczniejsze — twierdzi Andrzej Marczyński.

Aqumar myśli o zapleczu przetwórczym i eksporcie do Szwecji (w tym skandynawskim kraju spożywa się 9 tys. ton raków rocznie, a w sierpniu obchodzi się nawet specjalne Święto Raka). Jednak według prezesa Marczyńskiego, to perspektywa kilku lat.

Zamiast węgorzy

Profesor Jerzy Mastyński z Akademii Rolniczej w Poznaniu, uznany autorytet w sprawach raków, mówi wprost, że przedwojennej pozycji na rakowym rynku Polska z pewnością nie odbuduje.

— Przed II wojną światową byliśmy największym eksporterem raków w Europie. Te czasy już nie wrócą. Degradacja środowiska naturalnego poczyniła niepowetowane szkody. Polskie gatunki raków można hodować tylko w wodach o pierwszej klasie czystości. Mniej wymagający jest rak sygnałowy, ale to gatunek obcy w polskim ekosystemie, dlatego w jego wypadku w grę wchodzą tylko zamknięte hodowle — ocenia profesor Mastyński.

Jego zdaniem, optymistyczną przesłanką dla hodowców raków jest znaczne ograniczenie liczby węgorzy w polskich jeziorach (następstwo choroby, która dotknęła ten gatunek). Węgorz jest największym naturalnym wrogiem raka.

— Raki można hodować w czystych stawach powyrobiskowych, a tych jest bardzo dużo. Szacuje się, że dla „zaraczenia” 1 ha akwenu, trzeba do niego wpuścić 500 raków. Po kilku latach hodowca może nastawić się na naprawdę godziwe zyski — twierdzi prof. Jerzy Mastyński.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ryszard Gromadzki

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Na kłopoty dobry jest rak sygnałowy