Na miesiąc przed oficjalnymi zaślubinami stara i nowa Europa patrzą na siebie nieufnie. Każda strona ma swoje ulubione strachy. Oni nas wykupią, my zabierzemy ich miejsca pracy. Uczulenie na punkcie rynku pracy jest zrozumiałe, skoro w roku 2003 stagnacyjna UE straciła 200 000 miejsc pracy, po raz pierwszy od roku 1994. Bezrobocie wzrosło do rekordowych 8,1 procent. Tak zwany outsourcing, czyli przenoszenie miejsc pracy na zewnątrz Unii, będzie zapewne jednym z gorących wątków kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, znacznie ważniejszym niż spory wokół europejskiej konstytucji.
Wsłuchując się w unijną debatę, można jednak zauważyć znamienną zmianę akcentów. Jeśli Polacy pozostali dyżurnym straszakiem dla unijnych związków zawodowych, to nie dlatego, że kapitał wraz z zatrudnieniem przeniesie się do Polski. Wynika to z obaw, że będziemy masowo wędrować za chlebem na Zachód. Kwestia outsourcingu staje dziś w kontekście Azji, przede wszystkim Chin, które przestają być ludowe. Mimo ogromnych różnic płacowych (nasza płaca minimalna, rzędu 200 EUR, jest pięciokrotnie niższa niż w bogatszych krajach UE), przestajemy, niestety, być alternatywą. Gdzie te czasy, kiedy holenderskie związki zawodowe podnosiły larum, bo Philips przenosił produkcję do Piły i Kwidzyna. Dziś nasze związki, nie ustając w pompowaniu socjalnych przywilejów, patrzą, jak nasz kapitał wybiera Ukrainę...
Autor jest posłem Platformy Obywatelskiej