Na NBP premier nie ma co liczyć

Jacek Zalewski
opublikowano: 2009-07-10 00:00

Dotycząca finansów publicznych rozmowa prezydenta Lecha Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem nie przyniosła konkretów, jako że miała charakter rozpoznawczy. Budżet i podatki stanowią ważne elementy prezydenckiego starcia obu polityków, przy czym wątek ten ma trzy horyzonty czasowe.

Pierwszy sięga wakacji i obejmuje nowelizację budżetu na rok bieżący. Ustawa przejdzie szybko i zostanie przez głowę państwa bezproblemowo podpisana, bo kierowanie jej do Trybunału Konstytucyjnego (weto jest niemożliwe) nie ma sensu. Drugim horyzontem jest jesień, kiedy muszą zostać przyjęte ustawy okołobudżetowe na 2010 r. — w tym ewentualna podwyżka podatków. Premier realistycznie ocenia, że sens mają tylko propozycje rządu, które w finale trafią do Dziennika Ustaw, a nie do kosza. Horyzont trzeci to październik 2010 r., gdy odbędą się wybory prezydenckie — a wątek podatkowy idealnie nadaje się do wykorzystania w kampanii.

Nie dziwi, że szef rządu w pierwszej kolejności chciałby spiąć budżet 2010 bez podwyższania podatków. Dlatego rzucił pomysł wykorzystania pieniędzy NBP, jednak natychmiast dostał z banku centralnego kontrę. W tej sytuacji będzie kombinował, jak współodpowiedzialność za nieuchronną podwyżkę jakichś podatków rozłożyć również na prezydenta. Ale to na pewno premierowi się nie uda. Powtarzam tezę z komentarza wtorkowego — Donald Tusk będzie musiał przeprowadzić operację budżetowo-podatkową na własny, polityczny rachunek.