Na oprogramowaniu w bankach trudno zarobić

Kamil Kosiński
opublikowano: 2002-08-07 00:00

Coraz trudniej namówić bank na zakup oprogramowania. Ciągle są jednak obszary, w których instytucje finansowe potrzebują nowego software’u. W najbliższych latach zakupy sektora bankowego będą się koncentrować na scentralizowanych systemach gospodarki własnej. Nieco później przyjdzie kolej na aplikacje CRM i rozwiązania typu Business Intelligence.

Banki należą bez wątpienia do największych klientów firm informatycznych, w tym tych, które zajmują się dostawami oprogramowania. Od początku lat 90. modernizują swoją infrastrukturę i, według biura DiS, tylko w roku 2000, który w związku z wcześniejszymi nakładami na zapobieżenie skutkom tzw. pluskwy milenijnej, nacechowany był wyraźnym wyhamowaniem wydatków na IT, wydały na zakupy informatyczne 1,45 mld zł, czyli 334 mln USD. Wartość bankowych zakupów oprogramowania aplikacyjnego wyniosła wtedy, wedle tej samej firmy analitycznej, 219,3 mln zł (50,4 mln USD), co stanowiło około 15 proc. całości rynku informatyki bankowej. Jednocześnie, jak prognozuje biuro DiS, udział oprogramowania w sprzedaży produktów i usług dla banków będzie dalej spadał.

Trudno się temu dziwić. Banki w większości zdecydowały już o wymianie oddziałowych systemów transakcyjnych na rozwiązania scentralizowane. Jeżeli nawet wdrożenia nie zostały zakończone, to podpisano już kontrakty i ruszyły parce. Jedynym dużym bankiem, który nie podjął na razie decyzji w tej materii, jest PKO Bank Polski. Rynek na tzw. systemy odsetkowe bez wątpienia więc został nasycony. Podobnie rzecz się ma z aplikacjami do bankowości internetowej, w które banki inwestowały w drugiej kolejności. Jak przyznają sami przedstawiciele sektora informatycznego, banki, które miały zainwestować w e-banking, już to zrobiły. Na tego typu aplikacjach też więc nie da się zarobić. Korekty w pracujących już systemach są bowiem nieporównywalnie mniej dochodowe od zasadniczych części wdrożeń.

Dość chłonny wydaje się jeszcze rynek systemów do bankowości mobilnej. Wiele banków w ogóle nie ma takich rozwiązań, a te, które mają serwisy WAP, ograniczają je zazwyczaj do funkcji informacyjnej. Jeżeli nawet pozwalają na dokonywanie przelewów, to są one ograniczone do wcześniej zdefiniowanych rachunków. Jednak nawet w tym segmencie rozwiązań przedstawiciele sektora informatycznego nie widzą szans na większy zarobek.

— Aby złożyć polecenie przelewu, trzeba podać ośmiocyfrowy numer rozliczeniowy banku, co najmniej ośmiocyfrowy numer rachunku, nazwę i adres beneficjenta oraz kwotę. Przy wykorzystaniu telefonu komórkowego z WAP-em operacja ta jest niewygodna i czasochłonna. Zajmie około 5 min, podczas gdy zlecenie przelewu przez bankowe call centre tylko jedną minutę. Klienci banków wolą więc korzystać z tej drugiej metody lub z Internetu, który jest tańszy od WAP-u. Póki zaś nie ma chętnych do korzystania z bankowości mobilnej w wymiarze transakcyjnym, banki nie zainwestują w rozwój tego typu systemów, choć w przypadku posiadania już systemu bankowości internetowej nie byłby to duży wydatek. Wyniósłby kilkaset tysięcy złotych — wyjaśnia Dariusz Śliwowski, wiceprezes Computerlandu, odpowiedzialny za sektor bankowo-finansowy.

Ciągle są jednak pewne obszary, które mogą przynieść pokaźne zyski dostawcom oprogramowania dla sektora finansowego. Mniej więcej w tym samym okresie, na który przypadał boom na systemy bankowości internetowej, instytucje finansowe zainteresowały się tzw. systemami gospodarki własnej. Pod nazwą tą kryją się pakiety ERP, odpowiednio zmodyfikowane na potrzeby sektora finansowego.

— Nasz system gospodarki własnej dla sektora finansowego to silnie sparametryzowany pakiet E-Buisness Suite. W polskim sektorze finansowym jest bowiem wiele rozwiązań lokalnych, takich jak np. plan kont, które nie mają swoich odpowiedników na świecie. Nie mogliśmy więc zaproponować klientom z sektora bankowego takich samych aplikacji, jakie oferujemy klientom z innych branż lub sprzedajemy za granicą — tłumaczy Paweł Piwowar, prezes Oracle Polska.

Prawdziwymi potenantami w sektorze systemów gospodarki własnej stał się tandem Oracle i Computerland. Warszawska spółka prowadzi lub prowadziła wdrożenia zmodyfikowanej E-Business Suite w: NBP, PKO BP, Banku Zachodnim WBK, Kredyt Banku. We wstępnej fazie znajduje się podobny projekt w Pekao SA. Apetyt na kontrakty dotyczące systemów gospodarki własnej ma także lider rynku ERP, niemiecki SAP.

W trakcie odbywającej się w kwietniu 2002 r. VI edycji corocznego Kongresu SAP Polska, Grzegorz Kozłowski, prezes firmy, kilkakrotnie podkreślał, że dysponuje ona tego typu rozwiązaniem. Z nieoficjalnych informacji wynika z resztą, że SAP prowadzi obecnie zaawansowane rozmowy z jednym z banków na temat sprzedaży systemu gospodarki własnej. A na tym rynku ciągle jest o co walczyć. Scentralizowanych rozwiązań tego typu nie mają ciągle m.in. BGŻ i ING Bank Śląski.

— Jeszcze w tym roku kalendarzowym planujemy podpisać jeden lub dwa kontrakty na dostawę systemów gospodarki własnej do dużych banków — zapowiada Paweł Piwowar.

— Dostawcy oprogramowania mogą jeszcze całkiem nieźle zarobić na dostawach scentralizowanych systemów gospodarki własnej do sektora bankowego. Scentralizowanych rozwiązań tego typu nie ma nie tylko kilka dużych banków detalicznych, ale również instytucje koncentrujące się na bankowości korporacyjnej — komentuje Jacek Pulwarski, dyrektor departamentu informatyki w PKO Banku Polskim, a jednocześnie człowiek, który wymyślił dla wdrażanego tam pakietu oprogramowania nazwę System Gospodarki Własnej, która z czasem stała się nazwą rodzajową wszelkich tego typu rozwiązań.

Dzięki systemom gospodarki własnej władza w bankach „poszła do góry”. Zarządy tych instytucji, które wdrożą takie aplikacje, mogą bez problemu śledzić procesy inwestycyjne lub wyliczyć, ile materiałów piśmiennych zużywa określony oddział. Pozwala to na porównanie kosztów i zysków, jakie generuje określona placówka. Banki mogą śledzić zyskowność, sprzedawanych produktów i usług. Brak jednak wciąż narzędzi do planowania i realizacji kampanii sprzedażowych, ukierunkowania działań marketingowych i dostosowania oferty do dynamicznego i niejednolitego rynku. Aby tak działać, banki musiałyby korzystać z systemów klasy CRM i Business Intelligence, a na razie raczej tego nie robią.

— Zainteresowanie tego typu rozwiązaniami będzie się zwiększać wraz z nasileniem się walki o klientów. Obecnie nie jest ona zbyt ostra. Nawet w Czechach i na Węgrzech na jednego mieszkańca przypada więcej bankomatów niż w Polsce — podkreśla Roman Bratek, dyrektor ds. marketingu w Softbanku.

— Sieć placówek bankowych jest u nas dość skromna. Nie tylko w Londynie, ale nawet w przeciętnym mieście Hiszpanii i Portugalii łatwiej niż w Polsce znaleźć placówkę bankową — twierdzi Dariusz Śliwowski.