Jeśli wierzyć części polskich gazet i czasopism, wiosna nadeszła nie tylko w przyrodzie, ale również w gospodarce. Z pierwszej strony „Newsweeka” mogliśmy dowie- dzieć się, że „jest wzrost”, a z „Gazety Wyborczej”, że „jest wiosna”. Słowem, tylko ślepy może nie widzieć poprawy, a jak napisał jeden z wybitnych ekonomistów — „symptomy poprawy koniunktury gospodarczej zaczynają w Polsce układać się jak puzzle”. Sugestie na temat „licznych oznak poprawy koniunktury” znalazły się również w wypowiedziach niektórych członków RPP (co innymi słowy oznacza: jak ktokolwiek może jeszcze chcieć obniżki stóp procentowych, skoro gospodarka gwałtownie rośnie?!). Kłopoty mamy zatem z głowy, a przed sobą tylko zmartwienie, aby wzrost nie okazał się zbyt szybki i nie pobudził nadmiernie inflacji i deficytu obrotów bieżących.
Ja również widzę pewne powody do ostrożnego optymizmu. Proponuję jednak, aby aż tak gwałtownie nie zmieniać nastrojów i zachować nieco więcej dystansu i trzeźwości. Przypomnę, że dwa, trzy miesiące temu proponowałem, aby nie przesadzać z kolei w czarnowidztwie i temperować oceny pesymistyczne (część moich rozmówców nie chciała wówczas mówić ani o spowolnieniu wzrostu, ani o recesji, lecz wręcz o kryzysie). Dane o produkcji nie wskazują jeszcze na żadną poprawę, a uważam za bardzo mało prawdopodobne, aby przez następne kilka miesięcy nastąpiła w tym zakresie zasadnicza zmiana (widocznego wzrostu oczekiwałbym dopiero w drugim półroczu).
Po pierwsze, należy zauważyć, że na razie symptomy poprawy koniunktury są bardzo kruche i nieśmiałe. Nie można automatycznie zakładać, iż słabiutki trend nie może ulec zahamowaniu albo nawet odwróceniu. Większość sądów na temat „licznych oznak poprawy koniunktury” bazuje na nieznacznej poprawie oczekiwań przedsiębiorstw oraz na wzroście sprzedaży detalicznej. Trzeba jednak pamiętać, że polskie dane nie reprezentują całego handlu, a tylko jego mniejszą część (duże przedsiębiorstwa). Nie można więc wykluczyć, że gwałtowny wzrost sprzedaży detalicznej jest — przynajmniej częściowo — efektem szybkiego wzrostu udziału hipermarketów w całości sprzedaży. Ponadto dane te nie są oczyszczone z sezonowości i wpływu czynników jednorazowych (np. wczesna w tym roku Wielkanoc mogła zaowocować zwiększonymi zakupami w marcu). Radzę zatem, aby wnioski z tych danych wyciągać bardzo ostrożnie.
Po drugie, cały spadek popytu krajowego brał się w Polsce wcale nie ze zmniejszonej skłonności do zakupów ze strony gospodarstw domowych, ale ze spadku skłonności przedsiębiorstw do inwestowania. Dopóki nie uzyskamy sygnałów, że w tej dziedzinie nastąpiła zmiana trendu, nie mamy prawa mówić o poprawie koniunktury. A takich dotychczas nie ma. Sygnałem byłaby np. poprawa wyników budownictwa albo informacje o zwiększonych zakupach dóbr inwestycyjnych. Dane o samym poziomie inwestycji w dużych firmach publikowane są przez GUS z dużym opóźnieniem.
Po trzecie, wśród czynników sugerujących szybką poprawę koniunktury wymienia się ożywienie w gospodarce światowej, które przynieść może impuls eksportowy. W tej akurat dziedzinie radziłbym ostrożność, ponieważ osobiście oczekuję w najbliższych miesiącach zjawisk dokładnie odwrotnych. Gospodarka światowa zapewne rzeczywiście przyspieszy, ale na zdynamizowanie naszego eksportu będziemy musieli długo poczekać. Na razie efektem przewartościowanego złotego i stagnacji w Niemczech jest spadająca dynamika naszego eksportu. Sądzę, że trend ten będzie się utrzymywał, neutralizując w najbliższych miesiącach efekty ewentualnego przyspieszenia popytu krajowego (któremu towarzyszyć może również przyspieszony import).
Reasumując: nie wpadajmy w przesadę. Pewne powody do ostrożnego optymizmu istnieją, ale na prawdziwy wzrost musimy jeszcze sporo poczekać. Dobrymi informacjami warto się jak najszybciej dzielić — i nie można mieć o to do nikogo pretensji. Tym bardziej że w gospodarce rynkowej oczekiwania przedsiębiorstw odgrywają ogromną rolę, a jeśli wszyscy uwierzą, że koniunktura się poprawia, to wzrost naprawdę powraca. Nie przesadzajmy jednak ze zbyt pochopnym ogłaszaniem końca kłopotów. Nic tak nie boli, jak zawiedzione nadzieje.