„Nie ma potrzeby przyśpieszania prywatyzacji, gdy sytuacja budżetu jest dobra” — mówi Wojciech Jasiński, minister skarbu. „Nie będziemy prywatyzować na hurra, po niskich cenach” — wtóruje mu premier Jarosław Kaczyński. Czy w ogóle będziemy prywatyzować? Pytanie nie jest niedorzeczne, co widać po założeniach budżetu i wpływach z przekształceń własnościowych. Początkowo zakładano, że do kasy państwa wpłynie 5,5 mld zł. Potem kwota skurczyła się do 3 mld zł, a w piątek minister skarbu obwieścił, że będzie tylko miliard. Na razie uzbierał 284 mln zł. Ale wiadomo — resort skarbu już w nazwie pokazuje, czym się zajmuje. A skoro ma skarb, musi go chronić, by przypadkiem nie wpadł w złe ręce.
I tu przechodzimy do sedna. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że do prywatyzacji jednak dojdzie. I to wcale nie z powodów budżetowych. Otóż resort skarbu będzie prywatyzował w taki sposób, by główną rolę odegrały kontrolowane przez niego spółki skarbu państwa. I to one wystąpią w roli przejmujących. Wcale się nie zdziwię, jeśli rząd zgodzi się by prywatyzację Zachemu i Sarzyny przeprowadził „odbity układ”, czyli Ciech. Nie zaskoczy mnie, jeśli do gry o resztę zakładów chemicznych wróci PKN, wszak skutecznie kontrolowany przez skarb państwa.
Na bezrybiu i rak ryba. Wolę taką prywatyzację niż żadną. Przynajmniej prezesi będą musieli się starać. Bo jeśli główną rolę odegrają Ciech i Orlen, to pokażą rezultaty prywatyzacji w wynikach. A żaden właściciel, nawet minister skarbu (kochający wysokie dywidendy), nie pozwoli, by okazały się kiepskie.