Na rynkach rozwiniętych inwestorzy nie lubią akcji

Piotr Kuczyński
opublikowano: 2004-07-27 00:00

Na rynku amerykańskim nie widać chęci do walki. Tylko początek wczorajszej sesji był umiarkowanie pozytywny, a potem znowu niedźwiedzie przejęły kierownicę. Nie było to jednak nic poważnego, nie widziałem strachu, a raczej niechęć do ryzyka. Finisz był zresztą całkowicie neutralny. Oczywiście uda się tę sesję jakoś wytłumaczyć, ale tak naprawdę to inwestorzy po prostu nie chcą się za bardzo angażować podczas trwającej konwencji Partii Demokratycznej, bo służby ostrzegają przed atakiem terrorystycznym. Poza tym utrwaliły się już obawy o przyszłe zyski spółek, a takie nastawienie będzie bardzo trudno zmienić.

Dane makro bykom nie pomogły, bo zwiększyły rentowność obligacji. Sprzedaż domów na rynku wtórnym wzrosła do rekordowego poziomu (oczekiwano spadku). Średnia cena domu też była najwyższa w historii (191,8 tys. USD). Komentatorzy twierdzą, że to jest przejaw zdrowej gospodarki. Ja jednak uważam, że spadająca liczba zezwoleń na budowę domów w połączeniu z rekordami cen i wolumenu na rynku wtórnym jest zapowiedzią końca hossy.

Na rynku akcji ceny i obroty też są największe na szczycie. Ze spółek nie nadeszły informacje, które mogłyby pomóc bykom. Indeksy obniżał spadek kursu Pfizera — konkurencja wprowadziła na rynek nowy lek antycholesterolowy. Wal-Mart podtrzymał prognozy sprzedaży, ale rynek nie był z tego zadowolony. Dobrze zachowywał się Microsoft po pozytywnym artykule w „Barron’s”. To jednak było za mało. Wsparcie na S&P 500, które było testowane w marcu dwa, a w maju aż siedem razy, zostało jedynie naruszone i nadal nic się nie wyjaśniło. Jednak często takie uciążliwe spadki kończą się paniką i dopiero ona umożliwia bykom wejście do gry.

Dziś sytuacja będzie zależała od tego, co dotarło na rynek po sesji w USA. Jeśli rynek dostał jakieś dobre informacje to indeksy w Eurolandzie będą odbijały, ale najbardziej prawdopodobne jest, że inwestorzy będą po prostu czekali na otwarcie w USA. Nie przypuszczam, by dane z Niemiec (indeks instytutu Ifo) miały duży wpływ na rynek. Są, to jednak dane warte obserwowania, bo pokażą, jaka jest sytuacja makro i oczekiwania biznesu w największej gospodarce UE. Podobnie będzie z amerykańskim indeksem zaufania konsumentów. Jeśli rzeczywiście lekko wzrośnie to wpływ na rynek będzie prawie żaden. Byłoby jednak bardzo niedobrze dla obozu byków, gdyby spadł. Co prawda zmniejszyłyby się oczekiwania na szybką podwyżkę stóp, ale złe nastroje wśród konsumentów to mniejsze zakupy, czyli osłabienie gospodarki i gorsze wyniki spółek. U nas podany przed sesją wynik BZ WBK ustali kierunek w sektorze bankowym, a czekanie na RPP powinno zmniejszyć aktywność na rynku.

Wczoraj GPW pomogła informacja o tym, że podobno PKN Orlen dostał list z propozycją współpracy od koncernu ConocoPhilips. Informacja wydaje się być prawdopodobna, a inwestycja w PKN tego giganta (ma również 25 proc. rosyjskiego Łukoila) byłaby bardzo pozytywnym wydarzeniem. Kurs PKN rósł, ale na rynku hossy byłaby to jednak reakcja mocniejsza. Cały rynek jest w miejscu, z którego bardzo prawdopodobny jest zarówno wzrost jak i spadek indeksów. WIG i WIG20 są dokładnie w połowie kanału łagodnego trendu wzrostowego, a oscylatory w strefach neutralnych. Ponieważ połowa kanału została osiągnięta podczas drogi indeksów na północ, więc istnieje nieco większe prawdopodobieństwo kontynuacji zwyżki aż do górnego ograniczenia kanału, ale po pierwsze — to prawdopodobieństwo oceniłbym na najwyżej 60 proc., a po drugie — to nie znaczy, że może powstać chwilowe, kilkusesyjne zatrzymanie. Przecież my też nie wiemy jak rozwinie się sytuacja w USA. Nawet jeśli GPW jest rzeczywiście rynkiem relatywnie mocnym (dzięki wstrzymaniu podaży) to załamanie w Stanach i Eurolandzie musiałoby i u nas indeksy obniżyć. W tej sytuacji trzeba spokojne czekać na sygnał techniczny nie zmieniając zajętych pozycji.