Osłabienie złotego do euro i dolara pomaga polskiej gospodarce, a bardziej martwić nas będzie silna aprecjacja, kiedy sytuacja na Ukrainie się ustabilizuje — powiedział wczoraj Marek Belka, prezes NBP, na forum ekonomicznym w austriackim Alpbach. Kłopot w tym, że na razie nic nie wskazuje na to, by sytuacja miała się uspokoić, a nadzieje na to, rozbudzone przed niedawnym spotkaniem Władimira Putina i Petra Poroszenki w Mińsku, okazały się płonne. Separatyści przeszli do kontrofensywy, a prezydent Ukrainy zwołał specjalne posiedzenie rady bezpieczeństwa, by opracować plan przed — jak to określił — „rosyjską inwazją”.



Powtórka z rozrywki
Reakcja rynków była bardzo gwałtowna, ale choć wyprzedaż była powszechna (do nielicznych wyjątków należała np. Turcja), to jej skala raziła zwłaszcza w przypadku akcji rosyjskich, ukraińskich i… polskich. To scenariusz, który inwestorzy przerabiali już nie raz — eskalacja konfliktu w największym stopniu dotyka aktywa właśnie na tych rynkach. WIG20, który przez ostatnie 2 tygodnie urósł o ponad 4 proc., wczoraj oddał większość zdobyczy, a akcje takich gigantów, jak PKN Orlen i KGHM, przeceniono o 4 proc. Jeszcze więcej traciły giełdowe średniaki, a wśród najbardziej taniejących znalazły się spółki, które prowadzą biznes także za wschodnią granicą: Getin, Eko Export i Serinus.
Zdaniem Marcina Kiepasa z Admiral Markets, na szybkie odbicie nie ma co liczyć.
— Dzisiaj temat ukraiński na pewno nadal będzie pierwszoplanowy, bo strach nie zniknie z dnia na dzień, a przed nami jest weekend. Minął jednak element zaskoczenia i nastroje nie będą tak złe jak wczoraj. W przyszłym tygodniu nadal jednak możemy obserwować odpływ kapitału — uważa analityk Admiral Markets.
Jego zdaniem, w dłuższej perspektywie nastroje się jednak unormują, bo nie dojdzie do oficjalnych walk między armią rosyjską a ukraińską. Umiarkowanym optymistą jest też Robert Brzoza, strateg UniCredit.
— Reakcja inwestorów na wejście rosyjskich oddziałów na Ukrainę pokazuje, jak bardzo rynek jest wrażliwy na negatywne informacje. Mimo to w perspektywie końca roku nie widzimy dalszego znaczącego potencjału zniżek. Wskutek korekty premia w wycenach polskich spółek została wymazana. Nasz scenariusz na kolejne cztery miesiące to uklepywanie dna, maleć powinna też zmienność. Dlatego jeśli jednak ktoś inwestuje za pośrednictwem funduszy, to na ich sprzedaż może być już za późno — mówi Robert Brzoza.
Jego zdaniem WIG nie powinien w negatywnym scenariuszu stracić więcej niż 5 proc., jednak z drugiej strony trudno sobie także wyobrazić powrót stabilnego trendu wzrostowego. — Warto zwracać uwagę na notowania złotego, którego możliwe osłabienie jest głównym czynnikiem ryzyka dla inwestorów — dodaje specjalista UniCredit.
Na deskach
Słabością złotego martwić się mogą także zadłużeni w obcych walutach — zwłaszcza we franku szwajcarskim, który po raz pierwszy od ponad roku kosztuje ponad 3,50 zł. Podrożał też dolar i euro.
— Złoty znajduje się pod presją z większej liczby powodów. Poza sytuacją na Ukrainie chodzi o oczekiwane obniżki stóp procentowych, złą sytuację techniczną i omawianie osłabienia złotego przez zachodnie media. Nie zdziwiłbym się więc, gdyby dolar osiągnął wartość 3,28 zł, a frank szwajcarski 3,56 zł. Umocnienie euro będzie mniejsze. Nie powinno przekroczyć 4,25 zł — prognozuje Marcin Kiepas.
Kamil Maliszewski, analityk mBanku, uważa, że osiągnięcie przez kurs EUR/PLN poziomu 4,22 zł to niepokojący sygnał, ale tak jak złoty jest wrażliwy na negatywne informacje, tak równie szybko może się umocnić, jeśli temperatura konfliktu na Ukrainie spadnie.
— Nie widać czynników makroekonomicznych, które mogłyby blokować odreagowanie. Podobnie jest na giełdach. Duże spadki mamy m.in. w Warszawie i Frankfurcie, ale za oceanem sytuacja na Ukrainie nie zrobiła na nikim wrażenia. Pozostaje jednak pytanie o kolejne sankcje wobec Rosji. Gdyby takie się pojawiły, to spadki się pogłębią, a ich skala może sięgnąć 4-5 proc. — przewiduje Kamil Maliszewski.