Na rynku walutowym panuje obecnie ogromne zamieszanie. Inwestorom doradzamy wstrzymanie się z transakcjami. Zalecana strategia to czekaj.
Pierwsze godziny czwartkowej sesji przyniosły spadek notowań naszej waluty. Główny powód wzrostu cen dewiz to konflikt między Radą Polityki Pieniężnej a rządem. Nastrojów inwestorów nie poprawiła również wypowiedź Witolda Orłowskiego, doradcy ekonomicznego prezydenta, który podczas krakowskich targów kapitałowych powiedział, że w pierwszej połowie tego roku nie można wykluczyć spadku PKB. Kurs dolara do złotego wzrósł z poziomu 4,1990 do 4,2212. Kurs euro do złotego zwyżkował z poziomu 3,6280 do 3,6497.
Decyzja RPP o pozostawieniu głównej stopy procentowej na poziomie 10 proc., czyli 6,5 proc. powyżej wskaźnika inflacji, została krytycznie przyjęta przez ekipę rządzącą i wywołała jej natychmiastową reakcję. Posłowie SLD-UP-PSL przedłożyli w Sejmie projekt uchwały w sprawie decyzji RPP (wcześniej Sejm przyjął strategię gospodarczą rządu „Przedsiębiorczość — Rozwój — Praca”). Z drugiej strony, szef NBP Leszek Balcerowicz w wywiadzie dla Radia Zet, oskarżenia ze strony rządu o brak chęci współpracy nazwał publicznym szantażem.
Od rana inwestorzy oczekiwali na popołudniowe dane NBP o deficycie na rachunku obrotów bieżących za styczeń. Średnia prognoz rynkowych mówiła o jego wzroście do 590 milionów dolarów z 460 milionów w grudniu. Po godzinie 15.00 rynek nieco się uspokoił, a ceny dewiz nieznacznie spadły. Jednak już o 16.00, kiedy to NBP poinformował, że w styczniu na rachunku obrotów bieżących zanotowano aż 826-milionowy deficyt, złoty zaczął znów tracić na wartości. O godz. 16.25 dolar wyceniany był na 4,2300 zł, a euro — na 3,6545 zł.