Sprawa Romana K. powraca. Znany biznesmen i założyciel jednej z największych polskich firm komputerowych, a obecnie filantrop i „dobroczyńca dla potrzebujących” ma stanąć przed sądem pod zarzutem przestępstw podatkowych. Znana i szeroko już opisywana sprawa dostaw nie opodatkowanych komputerów dla szkół znajdzie (nie pierwszy zresztą raz) swój finał na wokandzie. Winni zostaną ukarani, a niewinni uniewinnieni. Pytanie tylko po co?
Pytanie może niezasadne, bo przecież w państwie prawa do przekrętów dopuszczać nie wolno, a jeśli już, to potem trzeba je ukarać. Nie mnie oceniać, czy w przypadku Optimusa i jego założyciela doszło do przestępstwa. Podobna jednak sprawa dotycząca tego samego procederu trwa już od trzech lat i chwały polskiemu systemowi prawnemu nie przynosi. No bo tam (w przypadku firmy JTT) także aresztowano sprawców (co okazało się potem dziennikarską kaczką), także wytoczono sprawę, także obciążono podatkiem. A potem oskarżonych uniewinniono, decyzję o podatku cofnięto, apelacje wniesiono, i tak już od trzech lat. Czy polskiemu systemowi prawnemu potrzebne są ciągnące się latami sprawy, w których nie wiadomo, kto jest winny, kto zarobił, kto stracił?
W tym przypadku ponoć wiadomo. Zdaniem prokuratury stracił Skarb Państwa, a zyskał Roman K. Niezależni obserwatorzy i biznesmeni widzą to jednak inaczej: jeżeli już ktoś stracił, to pazerny fiskus, a zyskały szkoły, bo mogły kupić więcej komputerów. Fiskus należy do państwa, szkoły też, wszystko zostało w rodzinie. Pewnie do tego wniosku doszedł w końcu urząd skarbowy i umorzył „oskarżonemu” Optimusowi niezapłacone składki. Teraz na placu oskarżonych pozostał już sam Roman K., który nie zabiera głosu w sprawie, nie broni się w mediach. Może to i dobrze, ponoć według powiedzenia: tylko winny się tłumaczy.