Na Ukrainie jest szansa dla ostrożnych

MAG
opublikowano: 01-06-2012, 00:00

Wielki rynek, niskie koszty — nic, tylko inwestować. Tylko to ryzyko… Ale są sposoby, by go uniknąć.

To była pierwsza sprawa, z którą Jacek Piechota, były minister gospodarki, zetknął się, gdy został prezesem Polsko- -Ukraińskiej Izby Gospodarczej.

— Przyszła do mnie Polka, która zainwestowała kilka milionów dolarów w zakład poligraficzny. Jej wspólniczka Ukrainka przejęła firmę i zanim Polska się zorientowała, były już zastawy bankowe. Polka dała sędziemu 10 tys. dolarów łapówki, ale przegrała. Sędzia powiedział jej potem, że druga kieszeń była większa — opowiada Jacek Piechota.

Tak było, jak będzie?

Rejderstwo, czyli nielegalne przejęcie firmy, to poważny problem na Ukrainie. Kolejne to skorumpowany system sądowniczy i skarbowy. 45 mln mieszkańców, niskie koszty pracy i bliskość powodują, że Ukraina powinna być naturalnym zapleczem dla polskich firm. Nie jest. Nasi przedsiębiorcy zainwestowali w tym kraju 890 mln USD, ale w ubiegłym roku wycofali 45,6 mln USD kapitału.

PZU nie odniósł spektakularnego sukcesu, Pekao zastanawia się nad wyjściem z inwestycji, kilka lat temu wejście na Ukrainę rozważał PKN Orlen, ale się nie zdecydował. Co z tego, że Barlinek zainwestował i taniej produkował, skoro nie został zwrócony VAT przy imporcie do Polski. Ale sytuacja się poprawia.

— Nowa ekipa rządowa wprowadziła automatyzm w spłacie VAT, a z tym polskie firmy miały często problemy. Nowy szef administracji podatkowej Ukrainy wymienił 60 proc. administracji skarbowej, a na granicy — całe kierownictwo. Na początku roku zdecydował o zwrocie części zaległego podatku polskim firmom. Barierą pozostaje granica. Celnicy zawyżają wartość ceł. Port w Odessie to koszmar, zwolnienie kontenera kosztuje „dodatkowe” 1-3 tys. USD. Ale rząd Ukrainy obiecuje, że od czerwca służby celne utracą prawo do arbitralnego określania wartości cła — relacjonuje Jacek Piechota.

Jak to się robi

Na Ukrainie da się przetrwać, choć należy przestrzegać pewnych reguł. Wie o tym C-L, dystrybutor surowców chemicznych do produkcji m.in. części samochodowych czy posadzek. Firma miała kłopoty z ukraińskimi menedżerami, musiała się bronić przed wrogim przejęciem i żądającymi łapówek kontrolerami z urzędu skarbowego. W tym roku urzędy celne nakładały na sprowadzane towary nawet 100-procentowe cło.

— Ale bronimy się. Aby uniknąć wrogiego przejęcia, adres prawny i siedziba znajdują się we Lwowie, daleko od fabryki. Mamy system informatyczny, który pozwala na podejmowanie decyzji finansowych z Polski. Nie płacimy łapówek. Szukamy innych łańcuchów dostaw — opowiada Krzysztof Jesionowski, członek zarządu C-L. Podkreśla, że w ekspansji na Ukrainie trzeba mieć odpowiednie zasoby finansowe, nie można liczyć na szybki zwrot zainwestowanego kapitału i trzeba powierzyć sprawy prawne fachowcom.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MAG

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu