Na wakacje pojadę za oszczędności

Paweł Zielewski
opublikowano: 1999-06-10 00:00

Na wakacje pojadę za oszczędności

Trudne kredyty okolicznościowe

Głupia sprawa — postanowiłem wyjechać na wakacje. Jeszcze głupsza — nie za swoje pieniądze. Ostatnimi czasy banki zasypywały mnie faksami z informacjami o swojej wakacyjnej ofercie kredytowej. Na papierze wszystko wyglądało wręcz wspaniale — gorzej w zderzeniu z rzeczywistością. Jako osoba z gruntu nieufna przeszedłem się tu i tam i osobiście — jako tzw. klient natręt — popytałem o to i owo.

BANKI nie zawiodły — obietnice nijak mają się do tego, co usłyszałem ja klient w okienkach. Bank pierwszy obiecał mi kredyt wakacyjny bez żyrantów. Suma pożyczki nie była wielka, a przynajmniej mniejsza niż miesięczne dochody na zaświadczeniu, jakie ze sobą przyniosłem. Nie pomogło spoglądanie na panią błagalnym spojrzeniem zielonych oczu — poręczyciel musi być. Pani tłumaczyła, że takie są przepisy, ale w informacji, która leżała na moim biurku (o ulotce reklamowej nie wspominając) nic podobnego nie znalazłem. Mogłem wziąć kredyt bez poręczyciela, gdybym miał rachunek w tym banku. Takiego zastrzeżenia jednak wcześniej nie było.

BANK drugi — sytuacja identyczna. Tym razem jednak pokazałem oficjalny komunikat, który zamierzałem opublikować. Z rozbrajającą beztroską pani rzekła — centrala to centrala, a politykę w oddziałach kreują dyrektorzy oddziałów. Dyrektor był właśnie zajęty, toteż ja klient natrętny wzruszyłem tylko ramionami i poszedłem do trzeciego banku.

Chyba nie warto się powtarzać...

KREDYTY wakacyjne, zaliczane do grupy kredytów okolicznościowych, to doskonały pomysł na promocję banku i jego pozostałych produktów. Dla wielu — sposób zdobycia nowych klientów. Wyobrażam sobie bank, który działa tak, jak obiecuje w ulotkach. Dwa dokumenty tożsamości, jedno zaświadczenie i dzień oczekiwania. Potem decyzja o przyznaniu — bądź nie — kredytu okolicznościowego. Na dodatek wszystko w miłej, radosnej atmosferze. W Polsce bardzo trudno byłoby mi znaleźć taki bank. Niestety.

PROBLEM z kredytami okolicznościowymi polega na tym, że za każdym razem, kiedy banki ogłaszają uruchomienie takiej linii kredytowej, okazuje się, że obietnice zostają bez pokrycia. Proszę nie liczyć, że ktoś — jak obiecuje — da kredyt bez dodatkowego poręczenia. Rozumiem, że banki muszą bronić się przed nieuczciwymi klientami. Ale nie rozumiem, dlaczego nie powiedzą wprost: my jesteśmy bankiem i sprzedajemy pieniądze, obowiązuje nas zachowanie oszczędności, dlatego musimy sprawdzić, kochany kliencie, czy możemy, na pieniądzach, które ci damy, zarobić.

SPRAWDZENIE klienta nazwane zostało fachowo bank scoringiem albo credit scoringiem. Każda instytucja posiada własne metody ustalenia wiarygodności kredytobiorcy. W przypadku kredytów wakacyjnych chodzi o niewielkie kwoty. Sprawdzenie wiarygodności klienta jest proste — czasami wystarczy jeden telefon. Nic nie stoi na przeszkodzie, by dotrzymać obietnic z ulotek. Jeżeli jest inaczej — można podejrzewać, że coś działa nie tak w misternym systemie ubezpieczania własnych interesów banków.

POMIJAM JUŻ kwestię składania obietnic, które nie mają pokrycia. Przyzwyczaiłem się. Może faktycznie lepiej zrezygnować z kredytów okolicznościowych, jak to często czyni np. Pekao SA, i zająć się — wzorem tego banku — rozbudowaniem istniejącej od lat oferty, działającej na jasnych, stałych zasadach.

WIĘKSZOŚĆ polskich banków jest nieprzewidywalna. Zrzucenie odpowiedzialności np. za politykę kredytową na dyrektorów poszczególnych oddziałów bardzo często czyni więcej złego. Dlaczego? Nieraz spotkałem się z podejściem — centrala niech tam sobie swoje gada — ja i tak zrobię, jak będę uważał. Stąd niedaleko do bałaganu — żeby nie użyć słowa anarchia.

OCZYWIŚCIE nie można niczego uogólniać — pomysł przekazania dużej części możliwości decyzyjnych niżej jest pomysłem doskonałym. Byłby jeszcze lepszy, gdyby dyrektorzy oddziałów wiedzieli, jak szeroki mają zakres samodzielności. A tymczasem — ile ja razy słyszałem narzekania, że mogą, ale nie wiedzą, na ile i jak.

WIELKIE akcje, tak jak tradycyjne już uruchamianie linii kredytów okolicznościowych, mające na celu m.in. promocję banku i utrwalenie jego wizerunku, powinny być — przynajmniej moim skromnym zdaniem — oparte na sztywnych zasadach. Jasno i rzetelnie. Tak, żeby nikt w oddziale nie musiał tłumaczyć się ani wstydzić z powodu kłamliwej (na to wychodzi) treści reklamowej ulotki. Bo to nie dyrektorzy oddziałów ani szefowie departamentów nowych produktów stają naprzeciwko klientów i to nie oni świecą oczami za swój bank.