Jak myślę każdy inwestor ma już dosyć tej, związanej z geopolityką, huśtawki nastrojów. Niestety, każdego dnia dowiadujemy się o czymś, co zmienia termin wybuchu wojny i ta właśnie niepewność rynki zabija. Wczoraj inwestorzy doszli do wniosku, że USA ze swoimi sojusznikami zaatakują Irak bez zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. „Washington Post” napisał, że USA i Wielka Brytania podjęły decyzje o nie przedłużaniu debaty w Radzie Bezpieczeństwa poza przyszły tydzień. Zostało to (słusznie) odebrane przez inwestorów jako podjęcie decyzji o uderzeniu bez zgody Rady. Od dawna piszę, że to jest najgorsza możliwość i że należy się liczyć z jej dyskontowaniem. Wczoraj był początek tego procesu. Poza tym USA uznały za nieistotne wszystkie posunięcia Iraku, a głównym problemem stała się odmowa Turcji przyjęcia 62 tys. wojsk USA. Jeśli ta decyzja nie zostanie zmieniona (a może być, bo USA mają w ręku potężną broń – olbrzymią pomoc finansową) to zaczynie się mówić o opóźnieniu akcji zbrojnej i przesunięciu jej na koniec marca, albo nawet na kwiecień. Takie przesunięcie wojny na dalszy okres nie byłoby korzystne.
Dłużej trwałaby niepewność, a rynki tego nie lubią. Komentatorzy twierdzą, że ataki terrorystyczne na Filipinach wpłynęły również na rynek, ale ja uważam, że to był pretekst. Amerykanie prawie nie reagują na takie wydarzenia poza granicami kraju szczególnie, jeśli nie giną ich obywatele.
W dalszym ciągu taniały akcje producentów samochodów po poniedziałkowych informacjach o spadku sprzedaży. Na domiar złego Deutsche Bank zalecił sprzedaż akcji firm tego sektora zapowiadając, że popyt na samochody nie wzrośnie do 2005 roku. Ucierpiał również sektor budowlany. A. Greenspan w swoim wystąpieniu poświęconym rynkowi nieruchomości stwierdził, że w tym roku może nastąpić ochłodzenie koniunktury (dokładniej napiszę o tym w tygodniowym komentarzu). Jakby na potwierdzenie tych słów Lennar, największa firma budowy domów w USA, oświadczył, że obserwuje spadek zamówień.
W Eurolandzie informacje z geopolityki i z sektora produkcji samochodów wywołały spore spadki indeksów. Co prawda raport o sprzedaży detalicznej w Niemczech był bardzo pozytywny, ale dla całego Eurolandu zdecydowanie gorszy od prognoz. W Niemczech wzrost sprzedaży w styczniu był duży, co szczególnie cieszyło, bo przecież grudzień był miesiącem zakupów świątecznych. Za to indeks zaufania konsumentów we Francji w lutym spadł do poziomu najniższego od 6 lat i to był zdecydowany minus.
Na naszym rynku zaczęło się to, czego spodziewałem się na sesji poniedziałkowej: mecz Polska – zagranica. Wyglądało tak jakby fundusze zagraniczne potrzebowały czasu, żeby przetrawić sytuację polityczną po rozpadzie koalicji. Bardzo prawdopodobne jest, że impulsem był wtorkowy artykuł w „Financial Times” na temat skutków zawirowań politycznych. Podaż była duża i bardzo zdecydowana – przede wszystkim na ulubionych spółkach zagranicznych funduszy. Złoty nadal słabł idąc w kierunku poziomów, o których pisałem w tygodniowych komentarzach. Spadki indeksów były jednak porównywalne z innymi rynkami, co sygnalizowało, że to nie była wyłącznie polska choroba.
Dzisiaj kraje UE podadzą indeksy aktywności sektora usług. Dla całego obszaru euro PMI prognozowany jest na poziomie 50,4 pkt. Praktycznie oznacza to stagnację. Amerykański indeks (ISM) zostanie podany o 16.00. Prognoza mówi o spadku do 53 pkt. Rynek jednak będzie przygotowany nawet na gorsze dane po dużym spadku podobnego indeksu w sektorze produkcyjnym. Wpływ może mieć publikacja Beżowej Księgi, w której Fed przedstawi punkt widzenia na sytuację panującą w gospodarce.
Sytuacja techniczna naszego rynku jest zła. Pozostaje obrona (powinna być bardzo mocna) poziomu 1061 pkt. na WIG-20, do którego spadek zapowiadała formacja podwójnego szczytu. Przełamanie dałoby test zeszłorocznego dna.