Kilkadziesiąt kilometrów za nadmorskim kurortem Agadir otwiera się inny świat.
Na głównej ulicy Agadiru łapiemy taksówkę. Na trzy osoby i cały dzień jeżdżenia 200 zł to dobra cena. Ruszamy w drogę.
Najpierw jedziemy do Tiout — małego miasteczka w połowie drogi między Oceanem Atlantyckim i pasmem gór Antyatlas. Szeroka droga wiedzie przez płaskie tereny, doliną rzeki Sousse. Na jej żyznej ziemi uprawia się warzywa i owoce eksportowane na cały świat. Co chwilę spotykamy małe pickupy wyładowane marchewkami lub białą rzodkwią.
Odbijamy z głównej drogi. Na pustej przestrzeni rosną tylko drzewa arganowe. Z orzeszków tych zawsze zielonych roślin powstaje cenny olej wykorzystywany w kosmetyce i kuchni. Listki arganu są przysmakiem kóz. Zwinne zwierzęta potrafią wspiąć się po konarach na szczyt drzewa. Widok stojących na gałęziach kóz nikogo tu nie dziwi. My przyglądamy się im z zachwytem.
Płeć palmy
Po godzinie jazdy docieramy do miasteczka, które słynie ze starej kazby (twierdzy) górującej nad okolicą. Wspinamy się na górę, żeby z tarasu widokowego podziwiać las palm pobliskiej oazy. Zbiegamy potem z góry i idziemy w kierunku zielonych drzew. Zaczepia nas jakiś mężczyzna i proponuje swe usługi jako przewodnik. Nie wyrażamy zainteresowania, ale też nie protestujemy, kiedy rusza za nami. W sumie cieszymy się, że nam towarzyszy.
W oazie jest kompletnie pusto i same czułybyśmy się nieswojo. Przewodnik tłumaczy nam po francusku, co tu uprawiają mieszkańcy pobliskiej wioski: pomarańcze, cytryny, mandarynki, gorzkie pomarańcze na konfitury, lucernę i zboża. Dowiadujemy się także, że palmy daktylowe występują w dwóch rodzajach: męskim i żeńskim. Męskie okazy dają pyłek zbierany przez pszczoły, ale tylko żeńskie owocują. Oaza funkcjonuje dzięki wielkim zbiornikom retencyjnym, które napełniane są wodą spływającą z gór. Latem kąpią się w nich dzieciaki. System kanałów prowadzi wodę ze zbiorników na poletka oazy. Brudna zieleń roślinności i szara, sucha ziemia nie są zbyt malownicze. O tej porze roku powinien padać deszcz, ale ocieplenie klimatu dotknęło też północną Afrykę. Jest bardzo sucho, od wielu tygodni nie spadła ani kropla deszczu, choć na niebie kłębią się chmury.
Henna na dłoni
Przechodzimy całą oazę i docieramy do berberyjskiej wioski. Zabudowana jest kwadratowymi domkami z pisé — mieszaniny rudej gliny i kamieni. Zza muru jednego z budynków dobiega śpiew. To miejscowy klub, w którym w wolne dni dziewczęta i kobiety zbierają się, by wspólnie pośpiewać. Spotykani przez nas ludzie patrzą przyjaźnie, ale nie chcą, by ich fotografować.
Szanuję ich wolę i nie staram się robić tego na siłę. Ale za chwilę bardzo żałuję, że nie mogę pstryknąć zdjęcia. Kawałek za wioską, nad kanałem doprowadzającym wodę z gór do oazy, grupa kobiet robi pranie. Są kolorowo ubrane, owinięte chustami. Wyżymają dopiero co wypraną bieliznę, która pięknie pachnie.
Idziemy z powrotem do wioski. Nagle przejeżdża obok nas człowiek na rowerze. Wiezie przyczepioną do pojazdu minicysternę. To mieszkaniec gór, który co parę dni przyjeżdża do oazy po wodę. Kiedy wracamy do wioski, otacza nas grupa dzieciaków. Najstarsza z dziewczynek łapie mnie za rękę. Wnętrze dłoni ma pomalowane henną. Idziemy przez wieś otoczone chmarą dzieciaków. Wszyscy mieszkańcy przyglądają się nam i machają przyjaźnie. Chyba przyjeżdżający tu turyści rzadko wysiadają z samochodów i oglądają coś więcej poza twierdzą.
W jednej z wąskich uliczek natykamy się na placyk ze stojącym pośrodku piecem. Kobiety z wioski przychodzą tu rano i wieczorem, by wspólnie piec placki. Kiedy podchodzimy do pieca, mieszkanki pobliskich domów przychodzą przyjrzeć się nam. Za nimi nadciągają kolejne umorusane dzieciaki. Kobiety mają twarze zakryte chustami. Widać jednak, że są piękne. Idziemy dalej, a cała gromadka dzieci odprowadza nas do taksówki. Przed rozstaniem kupujemy dzieciakom lizaki, a naszemu przewodnikowi wręczamy napiwek.
Herbatka u pasterzy
Ruszamy w kierunku Tarudant — tradycyjnego berberyjskiego miasta handlowego. Po 20 minutach jazdy dostrzegam wielbłądy na wielkim pustym polu. Ponieważ jedna z moich towarzyszek podróży marzyła o tym, by mieć je na zdjęciu, zatrzymujemy taksówkę. We dwie idziemy w kierunku zwierząt. Im bardziej się zbliżamy, tym bardziej one się oddalają. Po chwili, jak spod ziemi, wyrastają dwie dziewczynki. Mają może 10 lat. Uśmiechają się, gdy wyciągamy w ich kierunku obiektywy. Nagle słyszymy męski głos. Wydaje nam się, że ktoś woła: — Problem, problem! W naszym kierunku biegnie jakiś mężczyzna. Zastanawiamy się, co robić. Odejść, udając, że nas tu nie było, czy zaczekać i sprawdzić, co się wydarzy. Czekamy.
Niewysoki mężczyzna o bardzo pięknej twarzy mówi trochę po francusku. Pyta nas, czy chcemy zobaczyć z bliska wielbłądy, a potem prowadzi do wielbłądzicy z młodym. W oddali widać zagrodę z pisé i duży namiot. Z tego kierunku nadchodzą dwie owinięte kolorowymi chustami kobiety. Mężczyzna powtarza znowu swoją mantrę i wtedy już rozumiemy, że mówi: — No problem, no problem. Kobiety witają się z nami i gestem zapraszają do obejścia. Mężczyzna tłumaczy, że chcą nas zaprosić na herbatę. Wiem, że zaproszenie na łyk miętowej herbaty jest gestem przyjaznym, wyrazem dobrych chęci i zamiarów. Ale idąc w kierunku skromnego obejścia, nie jesteśmy pewne, czy dobrze robimy. W namiocie siedzi jeszcze jedna, starsza kobieta z dzieckiem. Łuska kukurydzę i coś nam tłumaczy. Robi dziwne, bardzo szybkie ruchy językiem i łapie się za pierś, wskazując jednocześnie na mężczyznę, z którym przyszłyśmy. Chyba chce nam powiedzieć, że to jej syn. Albo próbuje nas z nim wyswatać.
Usiłujemy zgadnąć, jak funkcjonuje ta rodzina. Jest tylko jeden mężczyzna, dwie młode kobiety, jedna starsza i cała gromadka dzieci. Chyba z dziesięcioro. Wszyscy mają ciemne, proste włosy, czarne oczy i niezbyt ciemną karnację. To chyba Berberowie. Nad wejściem do namiotu wisi odarta ze skóry owca. Na otaczającym obejście płotku z patyków i szmat zatknięta na gałęzi głowa zwierzęcia. Na ubitej ziemi przed namiotem leży maleńka kózka, chyba dopiero co się urodziła. Gospodarze rozścielają na klepisku kawałek skóry i zapraszają, żebyśmy się usadowiły. Siadam po turecku i obserwuję, jak najmłodsza z kobiet płucze szklankę wodą ze słoika i nalewa do niej herbaty. Jest pyszna: miętowa, słodka, orzeźwiająca. Rodzina próbuje nam coś opowiedzieć. Łamanym francuskim, pomagając sobie gestami, tłumaczą, że drugi syn najstarszej kobiety wyjechał do Frankfurtu do pracy.
Oni są nomadami, pasterzami wielbłądów. Każdy z dorosłych ma jednak telefon komórkowy. Proszą, żebym podała im swój numer, ale kiedy dyktuję, nie potrafią zapisać. Wołają małego chłopaka, który gryzmoli ołówkiem na kawałku papieru numer mojego telefonu. Mężczyzna z czarnym szalem na szyi dyktuje mi adres do siebie. Próbuję zanotować ze słuchu dane rodziny. Nie wydaje mi się jednak, żeby dotarła tu jakakolwiek poczta. Nawet jeśli udało mi się zapisać poprawnie adres, za kilka tygodni, miesiąc już ich tu nie będzie. Pójdą dalej ze swoim namiotem, wielbłądami i kozami. Tak żyją. To najbardziej mili, gościnni, otwarci ludzie, jakich udało mi się spotkać w Maroku.
Agnieszka Rodowicz
