Specjalne strefy ekonomiczne są gospodarczym odpowiednikiem specustaw i służb specjalnych. Działają na szczególnych zasadach i jako takie — są niemile widziane w Unii Europejskiej, podobnie jak złota akcja, skryta pomoc publiczna i inne odstępstwa od zwykłych reguł gry. Choćby z tego powodu wydawało się, że specjalne strefy będą stopniowo wygaszać swoją aktywność. Jest odwrotnie — ich obszar ciągle rośnie, inwestorzy do nich ciągną, działalność kwitnie. 100 nowych zezwoleń, udzielonych w pierwszym półroczu 2008, obiecuje 12 tys. nowych miejsc pracy.
Kariera specjalnych stref ma swe blaski i cienie. Jest to ustawowo sankcjonowana forma tzw. rent-seeking, czyli świadoma deformacja rachunku ekonomicznego i reguł konkurencji. Niekoniecznie pomaga słabszym regionom, bo bardziej atrakcyjne są strefy na Dolnym i Górnym Śląsku niż w okolicach Słupska czy Suwałk. Zdrowsze są miejsca pracy tworzone na zwykłych zasadach niż takie, które zostały okupione szczególnym przywilejem. Tyle że pozyskujemy inwestycje i technologie w świecie dalekim od ideału konkurencji doskonałej. W świecie polityki realnej nie można zrezygnować z narzędzi, które stosują inni i które przynoszą korzyść. W przypadku stref strona „ma” wyraźnie przeważa nad stroną „winien”.
Wszędzie tam, gdzie coś nie idzie, gdzie rzeczywistość stawia opór, chciałoby się posłużyć specjalnymi środkami. Szkoda, że można stworzyć w Polsce „specjalnych stref transportowych”, by pchnąć do przodu budowę autostrad i szybkich trakcji kolejowych.
Janusz Lewandowski
europoseł Platformy Obywatelskiej