NADAWCY NIE MUSZĄ BAĆ SIĘ UTRATY KONCESJI
Juliusz Braun, przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, uspokaja nadawców, którym niebawem wygasają koncesje. Jeśli nie wchodzili w konflikt z prawem, zostaną im one przedłużone.
„Puls Biznesu”: Nadawcy komercyjni oprotestowali decyzję Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która w obliczu wygasających niebawem koncesji będzie ponownie rozpatrywać wnioski. Na rynku zawrzało, bo firmy boją się, że mogą utracić możliwość nadawania, a często w rozwój stacji zainwestowali wiele milionów złotych. Jak dalece realna jest groźba, że niektórzy nadawcy mogą stracić koncesje?
Juliusz Braun: Myślę, że realnie takiej groźby nie ma. Wielokrotnie powtarzaliśmy, że każdy, kto do tej pory działał zgodnie z warunkami koncesji, może liczyć na jej ponowne wydanie. Zgodnie z ustawą, stacje radiowe otrzymały koncesje na siedem lat i w większości wygasają one w 2001 roku. Nikt nie może czuć się zaskoczony. Rozpoczęta została procedura odnawiania koncesji, czyli formalnie ponownego ich przyznawania. Będziemy oczywiście dążyć do tego, aby przyznać je ponownie, co nie znaczy, że każdy ją otrzyma. Jeżeli ktoś naobiecywał przed laty różne rzeczy, których teraz nie realizuje, to KRRiT ma okazję, aby podziękować mu za współpracę. Na pewno na rynku nie będzie żadnych rewolucji. Wypadną ci, którzy łamią prawo, a zamiast nich pojawią się nowi.
— Jak dużo takich łamiących prawo stacji rada ma na celowniku?
— To nie są liczne przypadki. Ostatnio zintensyfikowaliśmy prace, jeśli chodzi o monitorowanie programów — także lokalnych stacji. Małym nadawcom wydaje się niekiedy, że jeśli emitują program kilkaset kilometrów od Warszawy przy użyciu niewielkiego nadajnika, to im wszystko wolno.
— Kiedy można spodziewać się zniesienia progu ograniczającego udział kapitału zagranicznego w mediach do 33 proc.?
— Jest to klasyczna decyzja polityczna. Krajowa rada zwracała się o podniesienie tego progu do 49 proc. już przed dwoma laty. Na pewno musi on zostać zniesiony w momencie integracji z Unią Europejską. Trzeba pamiętać, że oczekuje ona od nas przede wszystkim otwarcia w obrębie Europy. Myślę, że zniesiony zostanie zapis ograniczający udział w mediach inwestorów zagranicznych, ale porozumienia wewnątrz Unii będą promować kapitał europejski. Zresztą Amerykanie, którzy tak bardzo krytykują polskie ograniczenia, sami stosują je u siebie.
— Ale przecież polskie przepisy są nieszczelne i faktycznie kapitał zagraniczny jest obecny w polskich mediach. Co na to rada?
— Są tu dwa problemy. Pierwszy, to tak zwani nadawcy zdelokalizowani, emitujący program drogą satelitarną z zagranicy. Nowelizacja konwencji o telewizji transgranicznej pozwoli nam występować przeciwko nadawcom, którzy prowadzą działalność w innym kraju po to, aby omijać polskie przepisy. Oczywiście nie będzie to łatwe, ponieważ wymaga współpracy wszystkich zainteresowanych krajów. Druga sprawa to coraz mniej szczelna bariera 33 proc. Aby ją ominąć, wystarczy na przykład tworzyć kolejne spółki zależne. Rygorystyczne przepisy ustawy o radiofonii i telewizji pozostały wprawdzie bez zmian, ale ponieważ działają one w powiązaniu z regulacjami o działalności spó- łek z udziałem kapitału zagranicznego, ta sztywna bariera okazuje się do ominięcia. Myślę, że zwiększenie udziału kapitału zagranicznego jest nieuchronne i naturalne. Nie obawiałbym się tego nadmiernie.
— Czy w najbliższym czasie można spodziewać się wydania kolejnych koncesji radiowych i telewizyjnych?
— W przypadku radia, rynek jest już dość stabilny, poza tym nie ma na nim miejsca na nowe sieci, a krajowa rada nie zamierza wywoływać rewolucji poprzez odbieranie koncesji. Na rynku telewizyjnym także nie przewidujemy wielkich zmian. Będą one spowodowane raczej nowościami technologicznymi. Jeśli pojawią się naziemne multipleksy cyfrowe, co nastąpi w najbliższych latach, to według obecnej wiedzy, utworzy się miejsce na osiem-dziesięć ogólnopolskich programów.
— Na jakim etapie są prace związane z wprowadzaniem naziemnej telewizji cyfrowej?
— Są to zarówno problemy technologiczne, jak i prawne. Krajowa rada musi podjąć decyzję, czy przyznawać koncesje na kolejne stacje telewizyjne w systemie analogowym. Wydaje się, że raczej należy to ograniczać, a jeśli już przyznawać zezwolenia, to na czas ograniczony. Nadawcy liczą się z tym, że otrzymają nowe koncesje na krócej niż 10 lat, tak jak to było poprzednio. Jest także pytanie, kiedy wojsko zwolni zajmowane przez siebie kanały. Armia twierdzi, że będzie to możliwe dopiero po roku 2010, co brzmi jak kiepski dowcip, bo do tego czasu wszystko się zmieni, jeśli idzie o wykorzystywane technologie. Budowa nowego systemu dla wojska kosztowałaby 25 milionów złotych. Myślę, że muszą znaleźć się na to pieniądze w budżecie państwa. Być może powinny one zostać ściągnięte z rynku, na przykład poprzez dodatkowe opłaty za koncesje telekomunikacyjne.
— Tymczasem nadawcy narzekają na krajową radę, że zamiast zajmować się ważnymi sprawami, trawi czas na drobnych rzeczach, jak na przykład liczeniu minut reklamowych w programach.
— Liczenie liczby reklam jest elementem stałej działalności kontrolnej. To tak, jakby postawić pytanie, czy policja ma ścigać tylko morderców czy też interweniować w przypadku każdego naruszenia prawa. Na tym polu KRRiT okazała się bardzo skuteczna. Przez to, że każde 30 sekund przekroczenia limitu czasu reklamowego było wyłapywane, teraz takiego zjawiska właściwie już nie ma. Podobnie jest z monitorowaniem programów. Jeśli chodzi o kwestie programowe, na przykład głośny ostatnio problem oddziaływania audycji na nieletnich, to sprawa jest znacznie trudniejsza.
— Z czego wynika to, że tak bardzo przeciągają się prace legislacyjne dotyczące radia i telewizji? Nie ma na przykład uregulowań prawnych związanych z platformami cyfrowymi.
— Jest to efektem nałożenia się konfliktów politycznych dotyczących telewizji publicznej na całość rynku. Od samego początku jest problem relacji między kompetencjami KRRiT, rządu i innych instytucji niższej rangi, jak na przykład Państwowej Agencji Radiokomunikacji.
— Jednak pomysły rady często przepadają w parlamencie i nie zdobywają poparcia rządu?
— Na szczęście nie jest aż tak dramatycznie. W wielu mniej kontrowersyjnych sprawach rozwiązania, które proponuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, są akceptowane. Natomiast rzeczywiście to, co już w samej radzie nie budzi kontrowersji, na przykład kwestia progu dla kapitału zagranicznego, często nie spotyka się z aprobatą Sejmu. Ustawa o radiofonii i telewizji od początku napotyka problemy i może być przykładem zastosowania wszystkich możliwych procedur parlamentarnych — weta prezydenta, sprzeciwu Senatu itd. W tej ustawie jest wszystko, co wiąże się z działalnością mediów, a także czysta polityka, zakres kompetencji premiera, prezydenta, pornografia, ochrona nieletnich i przemoc.
— Po ostatnich pomysłach na zwiększenie ściągalności abonamentu radiowo-telewizyjnego, komercyjni nadawcy chcą, aby szło to w parze z ograniczeniem reklam w telewizji i radiu publicznym.
— Emisja reklam w mediach publicznych na pewno nie powinna zostać całkowicie zlikwidowana. Myślę, że stopniowo należałoby ją limitować, jednak najpierw trzeba stworzyć gwarancje finansowe, a dopiero potem mówić o ograniczaniu liczby reklam.
Jest także pytanie, kiedy wojsko zwolni zajmowane przez siebie kanały. Armia twierdzi, że będzie to możliwe dopiero po roku 2010, co brzmi jak kiepski dowcip, bo do tego czasu wszystko się zmieni, jeśli idzie o wykorzystywane technologie. Budowa nowego systemu dla wojska kosztowałaby 25 milionów złotych. Myślę, że muszą znaleźć się na to pieniądze w budżecie państwa. Być może powinny one zostać ściągnięte z rynku, na przykład poprzez dodatkowe opłaty za koncesje telekomunikacyjne.