Nadchodzą dobre czasy dla sztuki współczesnej

Marek Wróbel
opublikowano: 2000-11-10 00:00

Nadchodzą dobre czasy dla sztuki współczesnej

Rynek sztuki współczesnej w Polsce, mimo przeszło dziesięciu lat kapitalizmu, wciąż znajduje się we wczesnym stadium rozwoju. W grubym przybliżeniu jest wart 80-130 mln zł rocznie. Moda na sztukę współczesną dopiero się zaczyna.

Po 1990 r. dał się zauważyć rozkwit domów aukcyjnych, które promowały (i promują) dzieła sztuki antykwarycznej, przeważnie z przełomu XIX i XX wieku. Takie prace osiągają najwyższe ceny. Przykładem „Polonia“ Jacka Malczewskiego, która na aukcji zorganizowanej przez Polswiss Art poszła za 1,6 mln zł. Milionowe czy kilkusettysięczne ceny osiągają również prace innych artystów, jak Alfred Wierusz-Kowalski, Olga Boznańska, Władysław Czachórski, Piotr Michałowski czy (obecnie jeden z najmodniejszych) Eugeniusz Zak. Zdarza się i Matejko. Nie sposób nie wspomnieć o nieśmiertelnych Kossakach.

Schyłek ery ułana

Formuła aukcji stuletnich prac wydaje się jednak powoli wyczerpywać. Powodem jest niewielka podaż takich dzieł, co jest zrozumiałe, jeżeli weźmie się pod uwagę liczbę wojen, najazdów i innych wydarzeń historycznych, które miały miejsce w naszym kraju w ostatnim stuleciu. Efekt jest taki, że choć co miesiąc na aukcjach wystawianych jest kilkaset prac, to dzieła naprawdę wartościowe stanowią niewielki procent. Wielkie nazwiska często firmują prace, których jakość jest wątpliwa.

Inną kwestią jest pewne znudzenie realistycznymi czy symbolicznymi pracami. Część nabywców zaczyna się zastanawiać, czy właściwe jest nabywanie kolejnego dzieła przedstawiającego sceny myśliwskie albo nieszczęsnego ułana i dziewczynę.

Pora na współczesność

Domy aukcyjne, szukając innego źródła „towaru“, zaczynają zwracać się w kierunku sztuki współczesnej, czyli wchodzić na obszar tradycyjnie zarezerwowany dla prywatnych galerii. Tu, w odróżnieniu od segmentu antykwarycznego, nie brakuje płodnych artystów tworzących na światowym poziomie. Przyjmuje się, że do krajowej superligi należy co najmniej kilkudziesięciu żyjących lub niedawno zmarłych twórców. Każdy z nich stworzył dziesiątki prac, z których znaczna część jest stale na sprzedaż.

Problem w tym, że artyści współcześni nie osiągają nawet w przybliżeniu tak wysokich cen jak Malczewski czy Zak. Obraz Pągowskiej, Gierowskiego, Tarasina, Beksińskiego, Nowosielskiego czy innej sławy jest wart kilkadziesiąt tys. zł. Mówiąc szczerze, bardzo dobre dzieło artysty zbliżającego się klasą i znaczeniem do wyżej wymienionych gigantów można mieć już za 10-20 tys. zł (dotyczy to olejów czy akryli; grafiki i rysunki są kilkakrotnie tańsze). Siłą rzeczy, marża z takiej transakcji nie może równać się z zarobkiem na dziele, które poszło za milion.

Galerie mają szansę

Jeśli więc nabywcy chcą sztuki współczesnej (a ich krąg się poszerza, obejmując też firmy), można uznać, że nadchodzą dobre czasy dla galerii, a przynajmniej dla kilkudziesięciu najlepszych. Na poprawę koniunktury wskazuje też „analiza techniczna“: ze zgrubnych szacunków Art NEW Media SA wynika, że wartość obrotów na rynku sztuki współczesnej to 80-130 mln zł rocznie, wliczając bezpośrednią sprzedaż z pracowni artystów oraz import. Oznacza to, że Polak nie wydaje na dzieła nawet dolara rocznie, gdy Amerykanin wydaje ich przynajmniej kilkadziesiąt. Jest to dysproporcja nie dająca się wytłumaczyć różnicami w zamożności.

Czynnikiem pozwalającym optymistycznie patrzeć na nieodległą przyszłość rynku sztuki współczesnej jest pojawienie się klasy średniej i wyższej, która zaspokoiła już swoje podstawowe potrzeby — mieszkanie, samochód, ubrania świadczące o wysokiej pozycji. Ci ludzie zaczynają lokować nadwyżki w nowoczesnych dziełach. Wiedzą, że to daje im możność zamanifestowania smaku i szerokich horyzontów. Wiedzą też, że na takiej inwestycji nie sposób stracić – ceny są jeszcze niskie, a rynek nie wydrenowany.

Marszandzi zacierają ręce.