W lutym w Polsce sprzedało się bardzo dużo paliwa, ale też relatywnie mało samochodów i innych dóbr trwałych. Możliwe, że jest to zapowiedź strukturalnych zmian w popycie konsumpcyjnym, które nastąpią w nadchodzących miesiącach. Wzrośnie zapotrzebowanie na dobra pierwszej potrzeby, a osłabi się popyt na dobra dyskrecjonalne, czyli zaspokajające potrzeby wyższego rzędu. Niektórzy sądzą, że wzrost popytu związany z napływem uchodźców podniesie PKB Polski, sądzę jednak, że efekt nie będzie tak znaczący.

Najnowsze dane o sprzedaży detalicznej pokazują, że zwiększyła się w lutym o 8,1 proc. r/r (licząc zmianę w cenach stałych) oraz 2 proc. m/m (po odsezonowaniu). Są to bardzo dobre dane, podtrzymujące tezę, że polska gospodarka w pierwszym kwartale rosła bardzo szybko i wchodziła w czas podwyższonej niepewności mocno rozpędzona.
W najbliższym czasie w popycie konsumpcyjnym mogą zajść dwie istotne zmiany. Po pierwsze, napływ uchodźców zwiększy istotnie popyt, szczególnie na dobra pierwszej potrzeby: żywność, lekarstwa, środki czystości, paliwa (w tej kategorii dużą rolę odegrała w lutym panika). Z drugiej strony, strach może obniżyć popyt na droższe towary trwałego użytku: samochody, meble, elektronikę, sprzęt AGD itp. Spróbuję skwantyfikować te efekty.
Do Polski napłynęło ok. 2 milionów uchodźców. Część z nich pojechała lub pojedzie dalej na Zachód, ale niektórzy dopiero do nas przybędą. Jeżeli każdy uchodźca kupowałby towary i usługi za kwotę minimum socjalnego (ok. 1200 zł na osobę), to łączny popyt konsumpcyjny zwiększy się o ok. 2,2 proc. w relacji do scenariusza status quo. To dużo, bo niemal połowa rocznego wzrostu konsumpcji, która z roku na rok zwiększa się o ok. 5 proc. Część potrzeb będzie realizowana poza systemem rynkowym, na przykład mieszkaniowe realizowane są przez darmowe udostępnianie pokojów przez polskich obywateli, czego nie widać w żadnych danych ekonomicznych.
Oczywiście koszyk zakupowy uchodźcy bardzo różni się od koszyka przeciętnego polskiego gospodarstwa domowego. Jest w nim więcej żywności, leków i środków kosmetycznych, a mniej dóbr trwałych. Można więc oczekiwać, że popyt w obszarze dóbr pierwszej potrzeby zwiększy się bardzo wyraźnie.
Niektórzy analitycy uważają, że ten dodatkowy popyt podniesie PKB Polski. Nie sądzę jednak, byśmy mogli na to liczyć. Trzeba pamiętać, że gospodarka już teraz w maksymalny sposób wykorzystuje zdolności produkcyjne, więc popyt w dużej mierze może podnosić import lub krajowe ceny zamiast krajowej produkcji. Moim zdaniem znacznie lepiej byłoby, gdyby podniósł się import, bo wtedy impet dodatkowego popytu w mniejszym stopniu podniósłby ceny i w mniejszym stopniu obniżył realne dochody ludności. Dlatego lepiej byłoby prowadzić politykę zmierzającą do umocnienia złotego w krótkim okresie – nie nadmiernie, nie do 4,20-4,30 zł za euro, ale na pewno spadek ceny euro do 4,40 zł (obecnie 4,70 zł) byłby pomocny.
Jednocześnie należy brać pod uwagę możliwość, że niepewność i obawy wywołane przez wojnę zredukują popyt na dobra trwałego użytku, szczególnie droższe. Skłonność gospodarstw domowych do zadłużania i podejmowania większego ryzyka finansowego może być niższa. Możliwe, że słaba sprzedaż samochodów i sprzętu RTV/AGD oraz mebli w lutym jest już zapowiedzią takich zmian. Nie wyciągałbym jednak z samych lutowych danych zbyt daleko idących wniosków, bo wojna rozpoczęła się w ostatnich dniach lutego i poza paliwową paniką konsumenci jeszcze nie w pełni na nią zareagowali. Dopiero po danych marcowych zobaczymy, na ile mocne są zmiany w strukturze konsumpcji.