Niewykluczone, że fundusze w Polsce są zmuszone sprzedawać akcje, bo inwestorzy wycofują gotówkę na kupno akcji PKO BP.
Z Ameryki
W zeszłym tygodniu całe otoczenie sprzyjało niedźwiedziom, ale dopiero w końcówce udało się im odnieść sukces. Do czwartku nastroje na rynku były znakomite i pozostawało tylko rozważać, jak to się dzieje, że wszystko mówi „sytuacja gospodarcza się pogarsza — sprzedaj akcje”, a tymczasem w najlepsze trwa hossa. Optymiści powiedzą, że giełda wyprzedza to, co ma się w przyszłości wydarzyć w gospodarce. Ale pesymiści (jak ja) stwierdzą, że bardzo często, zazwyczaj w końcówce hossy, inwestorzy są ślepi i głusi na wszystkie sygnały ostrzegawcze.
Mimo słabych danych makro, wypowiadający się w zeszłym tygodniu członkowie Fed twierdzili, że stopy procentowe będą rosły, a stan gospodarki jest znakomity. Ten osąd to według mnie przedwyborczy urzędowy optymizm. Jednak nawet optymiści zawsze podkreślają, że dużo zależy od rozwoju wydarzeń na rynku ropy. Twierdzą się, że obecny poziom cen gospodarka amerykańska wytrzyma, o ile nie wzrośnie on jeszcze bardziej. Ostatnio optymizmem popisał się Thomas Hoenig, prezes Fed w Kansas City. Stwierdził, że w porównaniu z latami 70. gospodarka USA jest dwa razy mniej zależna od cen ropy i dopiero notowania około 70 USD za baryłkę odpowiadałyby szczytowi z tamtego okresu. Nie twierdzę, że to nie jest prawda, ale oczywiste jest, że ciągle rosnąca cena ropy osłabi aktywność gospodarki. Trudno uwierzyć, by prognozy mówiące o 3,5-4-proc. wzroście PKB w przyszłym roku sprawdziły się.
Trzeba pamiętać, że sytuacja gospodarki amerykańskiej jest absolutnie wyjątkowa. Wystarczy spojrzeć na podawane przez ContraryInvestor wykresy obrazujące liczbę sprzedawanych nowych domów (hiperboliczna hossa), cenę kredytów hipotecznych i na zakup samochodów (blisko historycznego dna), a wszystko przy stopie oszczędności bliskiej zeru (przy średniej z 45 lat na wysokości 7,4 proc,), by stwierdzić, że sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli i wkrótce musi nastąpić brutalna pobudka. I proszę nie słuchać ekonomistów, którzy mówią, że nic złego się nie stanie, bo postęp technologiczny, wzrost wydajności pracy, itp. itd. To stałe hasło w końcówce hossy: teraz będzie inaczej. I nigdy nie jest. Indeksy mogą jeszcze zwyżkować od kilku tygodni do kliku miesięcy, ale nieustannie twierdzę, że to jedynie korekta, po której przyjdzie wieloletnia bessa.
Na rynku ropy nie ma wytchnienia. Cena ciągle rośnie. Nieprzypadkowo badania NPD Group pokazały, że w zbliżającym się sezonie zakupów świątecznych 90 proc. Amerykanów wyda mniej na zakupy świąteczne niż rok temu. Rosnąca cena paliw i problemy z rynkiem pracy nie sprzyjają wydatkom, a przecież to przede wszystkim wydatki Amerykanów podtrzymują gospodarkę. Jedno jest pewne: jeśli ceny surowców będą nadal rosły, dolar będzie słabł, co musi w końcu zwiększyć inflację w USA. Nie da się bez końca redukować załogi, by zwiększyć zysk i trzeba będzie podnieść ceny. Coraz bardziej obawiam się, że gospodarka amerykańska idzie w kierunku stagflacji.
Rozpoczął się na dobre sezon raportów kwartalnych spółek. Będzie ich w tym tygodniu bardzo dużo. W ostatnich tygodniach wiele było ostrzeżeń spółek, które informowały, że nie wypełnią poprzednich prognoz. Było ich więcej niż rok temu. Z tego wniosek, że wyniki nie będą należały do znakomitych, ale to wcale nie musi doprowadzić do przeceny. Wręcz przeciwnie — jeśli było dużo ostrzeżeń, to w ceny akcji złe informacje są już wliczone. Wystarczy, by wyniki były tylko nieco lepsze od prognoz i inwestorzy będą zadowoleni. Bardzo szybko zorientujemy się, czy reakcją na wyniki jest realizacja zysków czy wręcz przeciwnie — wzrost kursów akcji.
Będzie również sporo innych wydarzeń. Dane makro wyjątkowo skoncentrują się w ostatnim dniu tygodnia i dlatego też nie będą miały praktycznie żadnego wpływu na rynek. W sprawie wyborów prezydenckich środowa, ostatnia debata Bush-Kerry może postawić kropkę nad i. Rynki finansowe w USA (bo nie na całym świecie) ciągle jeszcze mają nadzieję, że wygra obecny prezydent. Gdyby tę nadzieję utraciły, mogłoby to zaowocować chwilowym osłabieniem nastrojów. Szybko jednak nastąpiłoby odreagowanie, bo przecież tak naprawdę dla gospodarki lepszy jest John Kerry (co nie znaczy, że dla interesów najbogatszych Amerykanów). Reasumując, indeksy nadal są w długoterminowych kanałach trendów spadkowych. Zła końcówka tygodnia nie odebrała jednak bykom kierownicy. Inwestorzy nadal wierzą w powyborczą hossę. Wystarczyłyby niezłe wyniki Intela i korekta na rynku ropy (powinna taka wystąpić), by nastąpiła kolejna próba wygenerowania sygnału kupna. Uważam, że reakcja na wtorkowe wyniki Intela powie nam, w jakim miejscu jest rynek, a zanosi się, że kanału trendu w tym tygodniu on nie opuści.
Z Polski
U nas do środy trwała hossa. Potem przyszła korekta. Jeśli patrzeć tylko na wykresy indeksów, można było powiedzieć, że sytuacja na rynku jest znakomita. To nie jest jednak prawda. Zwyżka była niezwykle selektywna i nie obejmowała nawet wszystkich dużych spółek. Zdecydowanie wykluczony był sektor TMT (gra rolę obawa, że wyniki za trzeci kwartał będą słabe) i mniejsze spółki. Polskie fundusze i inwestorzy indywidualni szykują pieniądze na ofertę PKO BP. Niewykluczone, że niektóre fundusze są zmuszone sprzedawać akcje, choć zarządzający wcale tego robić nie chcą - inwestorzy wycofują gotówkę, by kupić akcje banku. Taka sytuacja może się jeszcze utrzymać przez cały październik, choć napór zdecydowanie osłabnie po terminie zapisów na lokaty prywatyzacyjne. Mam wrażenie, że fundusze wręcz spychają ceny w dół. Motywy takiego działania mogą być proste: chcesz sprzedać akcje, by przygotować gotówkę na zakup PKO BP, to sprzedawaj tanio – my nie będziemy przepłacali. Im niżej zejdzie cena, tym lepiej, bo posiadający gotówkę kupią akcje bardzo tanio. Potem szybko podniosą kursy i kiedy gotówka tych, dla których nie wystarczy akcji PKO BP, wróci na parkiet (zawsze większość wraca, bo oferta jest ograniczona), ci będą musieli kupować drożej niż sprzedali. Plan sensowny, ale pod jednym warunkiem: że na świecie utrzyma się dobra koniunktura dla akcji, a to wcale nie jest pewne.
Nawiasem mówiąc, przy okazji lokat prywatyzacyjnych na PKO BP niektórzy analitycy przekonywali, że jeśli akcje trzyma się wystarczająco długo, to możemy liczyć na duże zyski. Nic bardziej błędnego. Pozornie tak jest, bo 80 lat temu indeks DJIA wynosił 75 pkt, a teraz krąży koło 10 000 pkt. Imponujący zysk nawet po odjęciu inflacji. Ale... Zaczynamy mieć sensowne pieniądze zazwyczaj koło trzydziestki. Żeby z nich naprawdę skorzystać przed emeryturą, musimy mieć je do dyspozycji nie później niż przed pięćdziesiątką. Jeśli marzy nam się godziwa emerytura, to przynajmniej przed 65. rokiem życia. Mamy więc w ciągu życia około 30-letni okres inwestowania. Popatrzmy więc: wkładamy pieniądze w 1916 r. (DJIA = 100 pkt), wyjmujemy w 1946 (DJIA = 200 pkt). Sto procent zysku. A 30-letnia inflacja? W realnych pieniądzach tracimy. Wkładamy w 1929 r. (DJIA = 390 pkt), a realizujemy w 1959 (DJIA = 600 pkt) – zysk wynosi 54 proc., ale po odjęciu 30-letniej inflacji wynika z tego olbrzymia strata. Lepiej byłoby w okresie 1946–76 (156 proc. zysku), ale po odjęciu inflacji wynik też byłby mizerny. Oczywiście to są przykłady tendencyjne i można znaleźć okresy, w których zyskujemy (choćby lata 1970-2000). Musimy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma pewności zysku przy długoterminowym inwestowaniu. I nie dajmy sobie wmówić, że „teraz (czytaj od lat 70.) jest inaczej”. Nie jest, a przekonamy się o tym za następne kilkadziesiąt lat. A jeśli tak jak ja, oczekuje się, że gospodarka światowa wejdzie w recesję, to zdecydowanie należy się zastanowić nad zamrażaniem pieniędzy.
Wróćmy jednak do XXI wieku. W nadchodzącym tygodniu dla naszych rynków finansowych ważne będą trzy wydarzenia: głosowanie wotum zaufania dla rządu Marka Belki, debata budżetowa i dane o inflacji. Wotum zaufania będzie nudnym wydarzeniem. Wszyscy już wiedzą, że rząd wygra tę próbę sił. Wpływu na rynek akcji to nie będzie miało. Można tylko oczekiwać realizacji zysków na złotym, bo chyba nie było gracza na tym rynku, który by nie obstawiał wygranej Belki. Debata nie będzie miała decydującego dla przyjęcia budżetu znaczenia, ale zobaczymy, jakie zdanie mają poszczególne kluby i będziemy wiedzieli, czy ten projekt ma szanse. Według mnie nie ma, a jeśli rynki finansowe to sobie uświadomią, możemy zobaczyć reakcję zarówno na walutach, jak i akcjach. Dane o inflacji będą ciekawe, bo jeśli zacznie spadać, to pognębi RPP i rynek nie będzie już czekał na podwyżkę stóp. To powinno osłabić złotego i pomóc naszym eksporterom. Obawiam się jednak, że byłoby to osłabienie chwilowe, bo napływające środki unijne mogą złotego wzmacniać. Nawiasem mówiąc, minister finansów Mirosław Gronicki stwierdził ostatnio, że umocnienie się złotego sprawia, iż dalsze podwyżki stóp procentowych nie są już potrzebne — jakby to nie było oczywiste dużo wcześniej.
Co z tego wszystkiego wyniknie? Bardzo nie podoba mi się wygląd wykresów indeksów. Dużo świec spadających gwiazd, „wisielców”, a to wszystko zapowiada spadki indeksów. Mało tego, na wykresie tygodniowym WIG20 też mamy świecę spadającej gwiazdy, i to takiej, która powstała nad oknem hossy. To wręcz zaproszenie do wykreowania formacji gwiazdy wieczornej, a to byłby już poważny sygnał sprzedaży. Wigometr mówi, że jest dużo niedźwiedzi, ale nie więcej niż 50 proc., więc większego znaczenia ten odczyt nie ma. Widać tylko, że znaczna większość jest negatywnie nastawionych do rynku. Ja też w niej jestem. Technika zapowiada, że korekta się przedłuży.