Naiwna, po swojsku piękna

Magda Machowska
opublikowano: 2004-04-29 00:00

Głuchoniemy rzeźbiarz Wojciech Oleksy z Paszyna drogę krzyżową skończył w chwale. „Ponad 60 lat ludzie z Paszyna mieli go za debila. Teraz go uznali” — wspominał Ludwik Zimmerer, kolekcjoner.

Taki ideał: sztuka naiwna — emocjonalna — nie bierze się ze stylów i mód w sztuce klasycznej. Nie jest profesją i zawodem. Nie rządzi nią cepelia i rynek w ogóle. Jest stwarzaniem własnego świata — sobie, nie dla innych.

O ile XIX w. sztuka ludowa właściwie nie wychodziła poza tematykę sakralną, o tyle „naiwni’’ wprowadzili i świat ziemski. Sposoby przedstawienia sacrum w XIX w. w rzeźbie były ściśle ustalone i artysta nie śmiał łamać konwencji. „Naiwni” ją przełamali. Stąd u Józefa Lurki krzyżem Chrystusa stają się ludzie, a Chrystus Frasobliwy Izydora Błaszczaka jest gniewny. Jeśli sztuka ludowa sprzed stu lat była raczej anonimowa i regionalna, współcześni „naiwni” mają biografów, „odkrywców” i — w większości — sygnują swe prace.

Za odkrywcę „naiwnych”: Celnika Rousseau, Bomboisa, Viviena uchodzi kolekcjoner i marszand Wilhelm Uhde. A w Polsce? Pierwsze duże wspólne wystawy polskich artystów „naiwnych” zorganizowali Aleksander Jackowski i Zofia Bisiak pod znamiennymi tytułami: „Inni” (1965 r. w Zachęcie), „Talent. Pasja. Intuicja” (Radom, 1985). Warto zauważyć, że większość prac z Zachęty kupił kolekcjoner Ludwik Zimmerer. A nie muzea.

Opisanie

Dlaczego i kiedy ktoś zaczął malować/rzeźbić? Jak siebie i świat opisuje?

Józef Sobota, 80-letni rzeźbiarz z Regut na Mazowszu, sparaliżowany, po wyzdrowieniu rzeźbił Świętą Rodzinę z własnym wizerunkiem — człowieka z laską.

Rzeźby Heleny Szczypawki-Ptaszyńskiej z Maluszyna k. Grójca Jacek Olędzki nazwał „pacierzami Szczypawki”. Były wyrazem jej wiary i etyki: „Honor mieć, uszanowanie u ludzi i sławę. Sława, to znaczy żeby ludzie dobrze o człowieku mówili, sprawiedliwie. (...) Honor, żeby człowiek był czysty, żeby był wysławiony od ludzi, że to dobra dusza. Rzeźb swoich to ja nie wykonywałam dla sławy! Nad którymi pomyślałam, to zrobiłam...”; „Rzeźbić trzeba to, co się chce i uważa. Rzeźbię tak, jakbym musiała, tęsknię do tej roboty” — mówiła artystka.

Są zatem konie (ulubione), koń z jeźdźcem (dragoni, kozacy, żołnierze), „świneczki” (ulubione), gęsi i kilka rzeźb kapłanów. Kiedy była młodą dziewczyną, robiła — jak ojciec — wozy, koła ze szprychami, beczki.

O rzeźbach Józefa Lurki z Makowa Podhalańskiego, pokazanych na wystawie, ktoś napisał: „Tu się inaczej oddycha”. Śmierć matki wywołała w nim pragnienie, by utrwalić jej rysy. W desce wyrzeźbił jej głowę. Miał wtedy prawie 30 lat. Najważniejsze, poruszające prace powstały z inspiracji Ewangelią. W jednym z wierszy napisał: „Ojcze! Spraw, aby te moje rzeźby pomagały w kontemplacji Ciebie i modlitwie do Ciebie”. To był jego program — głoszenie Dobrej Nowiny, miłości i dobroci w rzeźbie.

Nie zależało mu na sławie i pieniądzach. Nagrody go żenowały. Na pytanie, jaką cnotę najwyżej ceni, odpowiedział — skromność. Józef Lurka zmarł w 1981 r. Jego przyjaciel, Ludwik Zimmerer powiedział o nim, że „był rzeźbiarzem, jak rzadko kto”.

Materiały i narzędzia

Helena Szczypawka-Ptaszyńska miała tylko siekierkę, nóż składany z dodatkowym trójkątnym ostrzem, pilnik do ostrzenia siekiery oraz jedno zdarte, płaskie dłutko.

Katarzyna Gawłowa malowała na pilśni, tekturze i kartonach. Nikifor zapełniał darowane, stare okładki do zeszytów. Marianna Wiśnios malowała, czym można było: farbkami, tuszem, kredkami na zwykłych papierach pakowych i kartonach.

Własne niebo

Katarzyna Gawłowa z Zielonek pod Krakowem jako młoda dziewczyna pomagała matce w świątecznym malowaniu i strojeniu izb. Na tle fabrycznych wzorków z wałka malowała własne kolorowe ptaki, kwiaty, anioły i świętych. Gdy w 1973 r. poznał ją kolekcjoner, dziś także restaurator, Jacek Łodziński, artystka mieszkała w małej, nieopalanej izdebce bez podłogi. Ale ściany wypełniały malunki. To on ją namówił, by przeniosła je na dyktę i zaopatrzył malarkę w potrzebne materiały.

Gawłowa malowała, co przeżyła i zapamiętała z młodości. Kolędników, wesela, kapele, pielgrzymki i świętych. Twarz Matki Boskiej Częstochowskiej odmalowała białą, bo „carna mi się nie podoba”. Do sceny Bożego Narodzenia wprowadziła motyle, bo „są jak kwiatki”. Obrazki przystraja kwiatami i ptakami, bo „ptaki się lubią kwiatów trzymać”.

Katarzyna Gawłowa na obrazach zapisuje również własne wierszyki, piosenki, by „ładnie było”. Niektóre obrazy są odbiciem snów. „Jak śpie, to mi się śni, że już maluje, w nocy. A jak rano wstane, to już się nie namyślam, bo wiem, co malować. Co maluje, to mi sie śni”; „Maluje, bom się w tym rozkochała, ale boje się, boje tego wszystkiego, bo jak mi Pon Bóg da na tym świecie wszystko, to może na tamtym bede miała niedobrze” — mówi...

Inspiracje

Właściwością ludowych legend pozostaje, że wątki ewangeliczne przenosi na swojski grunt. Dla artystów stają się pretekstem do opowieści. Na obrazie Rozalii Dzięciołowskiej-Barańskiej Święta Rodzina ucieka do Egiptu — gdy rolnicy sieją zboże. W cudowny sposób na drugi dzień zboże jest już dojrzałe. Kosiarze z czystym sumieniem mogą odpowiedzieć żołnierzom Heroda, że Święta Rodzina wędrowała, gdy siali zboże — i ci rezygnują z pościgu.

Na obrazie Marianny Wiśnios jest o tym, jak Świętą Rodzinę napadli w lesie zbóje, a Matka Boska wyleczyła ich chore dziecko. W czasie ukrzyżowania dorosły już ocalony ukradnie jeden gwóźdź, by Chrystus mniej cierpiał.

Katarzyna Gawłowa namalowała swój poetycki Raj: „Adamowi się przykrzyło strasnie, nie mógł se rady dać. Pan Bóg telefonował po Ewę, puścił światło, a światło obesło tak dokoła świat i za światłem psysła Ewa. Adam spał pod drzewem i Bóg się śmioł. Myślał Adam, że ją ulepił, a ona psysła ze światła”.

Świadomość

Władysław Chajec z Kamienicy Górnej k. Jasła nigdy nie był bezczynny. Zajmował się kowalstwem, snycerką, naprawą narzędzi rolniczych, rysował i pisał rodzaj wspomnień o zwyczajach i obrzędach wiejskich. Sporo czytał (ulubiona książka „Bogowie, groby, uczeni” Cerama). Zaczął rzeźbić w wieku 40 lat „zwarte, oszczędne w detalu i ruchu kompozycje grupowe” — jak opisuje je jego przyjaciel Kazimierz Biela, z którym intensywnie korespondował. Krępe postacie ludzi są bohaterami wspomnień z wojny i scen religijnych. Rzeźby malował sporządzonymi przez siebie farbami i opatrywał je komentarzami na blaszanych tabliczkach: „Pan Buk otworzył mi zmysła, stale mam na myśli jusz coś innego”. Niechętnie rozstawał się z pracami; oburzały go propozycje „znawców”, by rzeźbił według ich pomysłu. Pisał: „Odemnie się gwałt dopominają abym im wyrzeźbił Dziecięce rzeźby jakembył mały i zeźbiłem dzieciom. A mnie się niechce zeto jest bdura i żeby się ktoś nieśmiał zemnie, ze się mnie czymają dziecience Lata i rozum”.

Kolekcjoner

Ludwik Zimmmerer był dziennikarzem zachodnioniemieckiej prasy i radia. Przyjechał do Polski w 1956 r. i pozostał na stałe. Zmarł we wrześniu 1987 roku. Jego warszawskie mieszkanie wypełniały rzeźby i obrazy (około 1975 r. ponad 3 tys. eksponatów). O kolekcji mówił, że jest „Muzeum Człowieka”, które go warunkuje i kształtuje, podobnie jak przyjaźnie i spotkania z najbardziej szanowanymi przez niego twórcami (Chajcem, Wiśnios, Lurką). W zbiorze miał prace 108 rzeźbiarzy, osobiście znał 94; a na 69 malarzy — 60. Nagrywał z twórcami rozmowy, korespondował, jeździł do nich i zapraszał do Warszawy. Napisał monografie Chajca, Lurki, Soboty, Wiśnios, Barańskiej-Dzięciołowskiej.

U głuchoniemego rzeźbiarza Wojciecha Oleksego z Paszyna zamówił drogę krzyżową. Ponad 60-letni artysta skończył swe dzieło i „pośród gości, którzy go podziwiali, wśród wszystkich tych rzeźb spał sobie wyczerpany i szczęśliwy Wojciech Oleksy. Ponad 60 lat ludzie z Paszyna mieli go za debila. Teraz go uznali. Był to dla mnie jeden z najmilszych dni w mojej „karierze” kolekcjonera — wspominał Ludwik Zimmmerer.

Z Krynicy

Fenomen Nikifora dostrzegł malarz ukraiński, Roman Turyn. Literaci Andrzej i Ela Banachowie stali się jego opiekunami i napisali o nim książkę. Potem i o nim, i o jego twórczości powstało sporo artykułów naukowych i wspomnień. Jedno jest dzieła Aleksandra Jackowskiego — w jego autobiografii „Na skróty”:

[Około 1955 r. ] poznałem Nikifora. (...) żył wśród innych swoim własnym życiem, czyniąc w niespiesznym rytmie to, do czego czuł się powołany. Malował. A żeby malować, żebrał. (...) Żył jakby w czyśćcu, między nieznanym, ledwie pamiętanym tym, co było, a przyszłością, którą widział wyraźnie, ufny w Boga, którego sobie wyobraził, i który — jak sądził — był właśnie taki. (...) Miał bogaty, piękny świat wewnętrzny, fascynującą wyobraźnię i dar kolorystyczny zaiste nieczęsto spotykany u artystów. (...) Ojca nie znał, matkę pamiętał, bełkocącą niemowę, zawsze zaharowaną, jedyną bliską mu istotę. Wcześnie zaczął żebrać, imać się łatwych prac, był bowiem słabowity, drobnej budowy i też bełkotał, co utrudniało mu kontakt z ludźmi. Wiedział, że ma być malarzem. (...) dla niego sprawa wydawała się oczywista — po to go Pan Bóg stworzył, by malował. Czynił to, nie troszcząc się o los swoich obrazków. (...) Nie powtarzał się nigdy. Śliniąc pędzelek, starannie wykonywał zadanie, odtwarzał — twórczo zmieniając szczegóły — rzeczy widziane, a także przedstawiał świat ukryty przed oczami innych. Malował Boga, świętych i biskupów, sceny z Nieba, które wyobrażał sobie na podobieństwo Ziemi. W jego niebie święci nosili w zimie rękawice i futrzane czapy, aby im uszy nie marzły, poruszali się po niebieskich przestrzeniach — Eliasz na rydwanie, pomniejsi święci dorożkami, tyle, że na „balonach”. Takimi jeździli w Krynicy bogaci goście. Bóg był groźny, ale sprawiedliwy. Karał grzeszników, wynagradzał krzywdy doznane na ziemi. Malarzy cenił szczególnie, byli też twórcami, a więc lepsi od zwykłych śmiertelników. Gdy malarz umierał — zasiadał przy wielkim stole Pana, obok innych malarzy, też w czarnych pelerynach, z fontaziami na szyi, i w kapeluszach o szerokich rondach. Świat jego świętych stanowił zbitkę wiadomości zaczerpniętych z kazań, fresków i obrazów w cerkiewkach i kościołach. Święci to ci na świeczniku. Hierarchowie. Tak jakby istnieli: zwykli ludzie, panowie, artyści, władcy i święci A może artyści byli ważniejsi od władców? W swym pokoiku powiesił na ścianach, rzędem, jak kultowe wizerunki, wycięte z pism kolorowe podobizny świętych, pomiędzy nimi: Piłsudskiego, papieża Piusa XI, Rydza-Śmigłego, Stalina, Bieruta, Franciszka Józefa. (...) U Nikifora brak było kamuflażu, blokady psychicznej, autocenzury”.

Skarb

Zatem „inni”, „osobni” czy po prostu zwykli, niezwykli ludzie, którzy mają nam coś do powiedzenia?

Dorota Lampart nazywana malarką snów kiedyś powiedziała: „Człowiek w życiu to tylko skarbu szuka, ale go nie znajdzie, bo go nie ma. Ja też takiego skarbu szukałam i pragnęłam, ale nie mogłam go znaleźć i nie znajdę go, choć go będę goniła”.