Dziś polskie huty odrabiają straty poniesione w ostatnich latach. Dzięki wejściu zagranicznych inwestorów, w ciągu kilku lat mogą odzyskać rentowność.
Walka o przetrwanie polskich hut trwa. Rynek jest szeroki. Wystarczy na nim miejsca dla każdego, kto będzie potrafił umiejętnie się po nim poruszać, konkurować cenami, jakością i różnorodnością oferowanych produktów, ale przede wszystkim znaleźć inwestorów nastawionych na długotrwałe wrzucanie pieniędzy do hutniczych pieców i gotowych długo czekać na efekty cierpliwości.
Chęć odniesienia sukcesu rynkowego deklarują wszyscy inwestorzy wchodzący na polski rynek. Zaraz potem jednak dodają, że będzie to możliwe wyłącznie pod warunkiem pełnego zracjonalizowania zasad działania. A że polskie hutnictwo jest chore i przypomina kulę u nogi naszej gospodarki, wiadomo od dawna. Rok 2002 był kolejnym słabym dla branży. Produkcja spadła około 5 proc., natomiast przychody spółek zmniejszyły się około 18 proc.
Optymistyczne sygnały
Gdzie jest dno? – zastanawiali się analitycy. Rok 2003 wskazuje, że na dnie polskie hutnictwo już było. Teraz odbiło się i powoli zaczyna wracać na powierzchnię.
Deficytowe, źle zarządzane, niedoinwestowane, kapitałochłonne, targane konfliktami z załogami — tego typu określeń w stosunku do polskiego hutnictwa można by użyć jeszcze o wiele więcej. Ale nawet w miesiącach wyjątkowej słabości udawało się znaleźć pozytywne sygnały. Naszymi zakładami stale interesowali się potencjalni inwestorzy z kapitałem i pomysłem na uzdrowienie niewydolnych hut. Poza tym, choć może ze społecznego punktu widzenia nie było to najlepsze, to z biznesowego — dobrze się stało, że kilku bankrutów zniknęło z gospodarczej sceny.
— Polska ma duży potencjał. Można u was też znaleźć dość nowoczesne zakłady, którym niewiele potrzeba, aby zaczęły być konkurencyjne, nawet na rynku Unii Europejskiej — uważa Konstanty Litwinow z Ambasady Ukrainy w Polsce.
Podobnego zdania są szefowie Przemysłowego Związku Donbasu, którzy postanowili zainwestować w naszym kraju, wybierając na miejsce lokowania kapitału Hutę Częstochowa. Czy dojdzie do transakcji — tego jeszcze nie wiadomo, ale wiele wskazuje na to, że tak. Rozmowy są bardzo zaawansowane, podobnie jak działalność mająca na celu uświadomienie załodze, że wejście ukraińskiego inwestora to duża szansa dla zakładu i regionu, tym bardziej że jak zapowiadają przedstawiciele Donbasu, nie przewiduje się redukcji zatrudnienia, postulaty związków zawodowych umożliwiają prowadzenie konstruktywnych negocjacji, a ogólny stan huty pozwoli inwestorowi szybko skupić się na rozpoczęciu produkcji, przy stosunkowo niewielkich nakładach na modernizację. Nic dziwnego, zważywszy, że przed ogłoszeniem bankructwa w Częstochowę zainwestowano ponad 350 mln USD.
Inną drogą poszedł koncern CMC, który po kupieniu huty Zawiercie zamierza zainwestować w najbliższym czasie około 150 mln USD w modernizację walcowni.
Prywatyzacja
Od roku trwa proces restrukturyzacji polskiego hutnictwa. Ma on sprawić, że za trzy lata krajowe zakłady będą konkurencyjne wobec rywali z zachodu Europy. Będą wtedy musiały osiągnąć rentowność i obywać się bez pomocy finansowej państwa. Czy jest to możliwe?
Prywatyzacja zapewne przybliży nas do celu, choć nie można wykluczyć, że planowane przez inwestorów zagranicznych nakłady kapitałowe będą musiały ulec zwiększeniu. W ślad za nimi trzeba jednak będzie przemodelować nieco politykę wobec rynku. Słabość polskich hut i konkurencyjne ceny, głównie produktów ze Wschodu, spowodowały w ostatnich latach gwałtowny wzrost importu.
Zdaniem Romualda Talarka, prezesa Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, obecna, niełatwa sytuacja polskich hut jest efektem zbyt późnego rozpoczęcia prywatyzacji sektora. To ona właśnie doprowadziła do zajęcia przez produkty importowane tak dużej części rynku. W roku 2002 było to 42 proc. To spowodowało włączenie światła ostrzegawczego. W tym roku import nie będzie już zapewne tak wysoki.
— 60 proc. naszej produkcji sprzedajemy na krajowym rynku — twierdzi Krzysztof Lis, dyrektor biura sprzedaży PHS.
Przedstawiciele firm zajmujących się handlem produktami hutniczymi też uważają, że zastrzyk kapitału sprawi, że produkcja wzrośnie, a jej duża część trafi na krajowy rynek. To pozwoli na dalsze zmniejszanie importu.
Co będzie dalej?
Jak ułoży się sytuacja po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej? Liczymy na to, że duże inwestycje pozwolą naszym hutom skutecznie walczyć z konkurentami na rynku innym niż ten oferujący najprostsze produkty — półwyroby czy kształtowniki. Szczególnym zainteresowaniem inwestorów cieszą się walcownie, co świadczy o planach zintensyfikowania bardziej skomplikowanej produkcji. Można też liczyć na większe zaangażowanie w produkcję wyrobów o wysokiej jakości, m.in. dla budownictwa czy przemysłu motoryzacyjnego. W tym przypadku istotne byłoby również pojawienie się na polskim rynku nowych inwestorów z tych branż, którzy nakręciliby koniunkturę na te właśnie produkty.
Jest o co walczyć, zarówno na unijnym, jak i na krajowym rynku. Roczne zużycie wyrobów stalowych w przeliczeniu na przeciętnego Polaka wynosi około 180 kilogramów. Średnia unijna jest ponad 2,5 razy wyższa. A przecież potencjalne potrzeby naszego rynku nie są wcale tak małe, jak by się mogło wydawać.
Przez pierwsze miesiące po wejściu Polski do Unii polskie huty będą odrabiały straty, jakie narosły przez ostatnie lata, gdy notowano i spadek produkcji, i spadek zysków. Nikt nie oczekuje, że nagle, z dnia na dzień, staną się one równorzędnymi partnerami dla unijnych konkurentów, musi to nastąpić w ciągu najbliższych kilku lat. Są pierwsze sygnały, że sytuacja ulega poprawie. Udało się zmniejszyć import wyrobów stalowych, lekko wzrosła produkcja. Nastąpiło też minimalne ożywienie w branżach, które w największym stopniu korzystają z wyrobów stalowych, głównie w budownictwie i przemyśle przetwórczym.
To śladowe sygnały świadczące o poprawie sytuacji w branży. Jeśli potwierdzą się prognozy co do wzrostu gospodarczego, wkrótce będzie można optymistyczniej patrzeć na hutnictwo. Na pewno jednak po wejściu naszego kraju do Unii, nie będzie ono okrętem flagowym polskiej gospodarki. Jeśli jednak determinacja inwestorów zagranicznych nie osłabnie, to pewne jest, że nie będziemy już tracić dystansu do zachodnioeuropejskich konkurentów, a za kilka lat zaczniemy ich doganiać.