Najgorsze jest obrażalstwo

13-01-2016, 22:00

Komisja Europejska (KE) na środowym posiedzeniu jednak uruchomiła wobec naszego kraju procedurę sprawdzającą „ochronę państwa prawnego w Unii Europejskiej”.

A to numer! Komisja Europejska (KE) na środowym posiedzeniu jednak uruchomiła wobec naszego kraju procedurę sprawdzającą „ochronę państwa prawnego w Unii Europejskiej”. Obecni władcy Rzeczypospolitej Polskiej przeżyli całkowicie zrozumiały szok.

Wobec jego rozmiarów mój wczorajszy nietrafiony optymizm to pikuś, ale honorowo odszczekuję tezę, że z posiedzenia unijnego gabinetu popłyną jedynie „pełne dyplomatycznej poprawności wyrazy troski”. Tak podpowiadały łagodzące sygnały nadchodzące z komisyjnego gmachu Berlaymont w Brukseli w ostatnich dniach.

Jednak przeważyła opinia „jastrzębi” o wyciągnięciu żółtej kartki, a nie „gołębi” zalecających jedynie pogrożenie palcem. Nazywanie przez nasz rząd środowych konkluzji KE „kwalifikowaną formą dialogu” nie zmieni ich istoty.

Ustrojowe ustawy forsowane nocami przez PiS najbardziej ostrych komentarzy doczekały się za Odrą i Nysą. To okoliczność obiektywna, jednak kolegialnej decyzji KE absolutnie nie wolno utożsamiać z… Niemcami! Przecież w unijnym gabinecie każde z 28 państw członkowskich ma tylko jednego komisarza. Poza tym to organ nadzwyczaj pluralistyczny ideowo, wewnętrznie rozrzucony od prawa do lewa, i to… przypadkowo.

Barwy polityczne pojedynczego komisarza zależą bowiem wyłącznie od tego, jaka partia rządzi w danym państwie w bardzo konkretnym okresie — jesienią w roku wyborów do Parlamentu Europejskiego. Z Polski delegowali na komisarzy swoich przybocznych premierzy mający taki właśnie fart.

W 2004 r. Leszek Miller obsadził Danutę Hübner (potwierdził to Marek Belka), a później decydował dwukrotnie Donald Tusk — w 2009 r. wystawił Janusza Lewandowskiego, a w 2014 r. Elżbietę Bieńkowską. Prezes Jarosław Kaczyński — bo przecież nie Beata Szydło — otrzyma szansę wysłania komisarza z PiS dopiero jesienią 2019 r., po wyborach europejskich, a tuż przed planowymi wyborami do Sejmu i Senatu.

Niespodziewana decyzja KE absolutnie nie uderza w Polaków, lecz w rządzącą od dwóch miesięcy krajem ekipę. Utożsamianie tych dwóch kategorii nie ma żadnych podstaw logicznych ani moralnych. Doskonale pamiętam z epoki PRL, gdy propaganda PZPR (inna w obiegu oficjalnym nie istniała) zawsze jednym tchem zarzucała wrażym ośrodkom na Zachodzie działania „antysocjalistyczne, antypolskie”.

Te dwa „anty” zostały wtedy stopione, aż do upadku pierwszego członu w przełomowym 1989 r. Analogicznie obecnie nie do przyjęcia jest zlewanie w jedno wyrażenie odrębnych kategorii „antypisowskie, antypolskie”. Naprawdę istnieje jeszcze alternatywna Polska tzw. gorszego sortu.

Interesom kraju tak naprawdę może zaszkodzić nie obrażalstwo władców, lecz wpływ „kwalifikowanej formy dialogu” na wartości marki Polska.

Czyli np. ewentualne pogorszenie się klimatu dla inwestycji zagranicznych, wzrost rentowności polskich obligacji (im większa, tym gorzej dla budżetu), wyrastanie barier przed polskim eksportem, który pozostaje lokomotywą gospodarki. Na szczęście biznes i polski, i unijny na cały zgiełk podnoszony przez małostkowych polityków po prostu kicha — i oby jak najdłużej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Inne / Najgorsze jest obrażalstwo