Myślę, że gdyby pewnego dnia Polacy postanowili gremialnie zbojkotować tzw. system ochrony zdrowia i przez rok nie chodzili do lekarzy, nie kładli się do szpitali i nie kupowali leków refundowanych przez NFZ, to może po kilku miesiącach urzędnicy tej szacownej instytucji oraz Ministerstwa Zdrowia zorientowaliby się, że coś nie gra. Na pierwszy rzut oka niby wszystko w porządku; kwity krążą z biurka na biurko, narad, odpraw i szkoleń kupa, premie i trzynastki wypłacone. A jednak coś jest nie tak…
Długo zachodziliby w głowę, co się dzieje, ale zapewne brak pacjentów byłby ostatnią rzeczą, o której by pomyśleli. Oni wszak nie pracują dla pacjentów — oni w pocie czoła harują, żeby system działał „sprawnie”. Wciąż go „doskonalą”, czego klasycznym przykładem jest ustawa o refundacji leków z maja tego roku. Zwłaszcza dwie rzeczy w tej ustawie są kuriozalne, jasno pokazując, że — niczym w dawnym Związku Radzieckim — to ludzie (pacjenci, lekarze, aptekarze) mają służyć systemowi, nie zaś system ludziom. Po pierwsze, ustawa zmusza aptekarzy, którzy chcą sprzedawać refundowane leki, do podpisania do końca roku umów na warunkach dyktowanych przez urzędników. I co z tego, że żyjemy w gospodarce rynkowej, że apteki są samodzielnymi podmiotami gospodarczymi. Ma być tak, jak zechcą urzędnicy. Na dodatek przez pół roku nie potrafili napisać rozporządzeń do ustawy, co grozić może nieobliczalnymi dla pacjentów konsekwencjami. Zapewne znajdą się aptekarze, którzy nie ulegną dyktatowi i umów nie podpiszą, bo przynajmniej takie prawo im pozostawiono. Nietrudno zatem wyobrazić sobie tysiące schorowanych, starszych ludzi, tułających się z receptą w ręku i szukających apteki, która sprzeda niezbędny im lek. Ale to jeszcze nie wszystko. Od nowego roku za zrealizowanie recepty nie spełniającej wszystkich wymogów NFZ aptekarzowi grozić będzie drakońska kara finansowa albo rozwiązanie umowy.
Dla Ministerstwa Zdrowia najwyższą wartością jest więc recepta i jej formalna doskonałość. A pacjent? Przede wszystkim powinien nauczyć się sprawdzać, czy lekarz wypisał mu prawidłowo receptę; sprawdzać jej czytelność i poprawność przystawionych pieczątek. A jeśli na przykład niedowidzi, to już jego problem. Może także zapłacić za lek pełną cenę; zamiast kilku złotych — kilkaset. Ale jakie to ma znaczenie dla setek tysięcy niezwykle bogatych przecież polskich emerytów. Ma też pacjent trzecie wyjście — może po prostu umrzeć i przestać wreszcie przysparzać kłopotów urzędnikom z ministerstwa i Narodowego Funduszu Zdrowia. Miary absurdu całej tej sytuacji dopełnia wypowiedź jego szefa, że fundusz nie jest przygotowany na wejście ustawy; nie ma odpowiedniego systemu komputerowego i powinien zatrudnić dodatkowo 100 urzędników.
Szanowny Panie Premierze, miliony schorowanych i zupełnie zdrowych Polaków oczekują, że w exposé zapowie Pan stworzenie przyjaznego i skutecznego systemu ochrony zdrowia. A rząd tę obietnicę wreszcie zrealizuje.
ANDRZEJ MALINOWSKI
prezydent Pracodawców RP