Najlepszym wyjściem jest budżetowe prowizorium

Jacek Zalewski
opublikowano: 2001-09-17 00:00

Najlepszym wyjściem jest budżetowe prowizorium

Pisanie niniejszego komentarza rozpocząłem we wtorek, 11 września. Przerwany został w pół zdania, po pierwszej depeszy „Samolot uderzył w gmach WTC w Nowym Jorku” — i odłożony na wiele dni. To wyjaśnienie jest konieczne, albowiem tytułową tezę stawiam nie w związku z ciosem zadanym finansowemu sercu świata — chociaż nagłe zwiększenie się liczby niewiadomych makroekonomicznych oczywiście ją wzmacnia.

Upływa drugi tydzień od odrzucenia przez Sejm informacji rządu o stanie finansów publicznych — przygnębiającym premiera Jerzego Buzka stosunkiem głosów 236:133 — ale o szczegółach budżetu na rok 2002 nadal wiemy tyle, ile wiedział Sokrates: NIC. Trwają prace i konsultacje wewnątrz rządu, w związku z czym „nie można aktualnie przedłożyć w pełni zbilansowanej propozycji dochodów i wydatków na rok 2002”. Chodzi o zbicie niedoboru wynoszącego 88 mld zł do poziomu deficytu 40 mld zł. Z przecieków wiadomo, że kolejni ministrowie konsekwentnie odrzucają jakiekolwiek cięcia lub zamrożenia w swoich działach.

Jedynym pewnikiem pozostaje konstytucyjny termin wniesienia projektu ustawy budżetowej na rok 2002. Najpóźniej 30 września do północy do Kancelarii Sejmu mają wpłynąć dokumenty z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Załączony zostanie także pakiet projektów ustaw okołobudżetowych (podatkowych oraz oszczędnościowych), które jednak będą miały znaczenie wyłącznie polityczne — a żadnego prawnego. Otrzymają numery druków sejmowych jeszcze z trwającej kadencji (powyżej 3400), przeleżą do północy poprzedzającej pierwsze posiedzenie Sejmu nowo wybranego i trafią do legislacyjnego kosza. Jedynie ustawa budżetowa zachowuje — z mocy przepisów szczególnych — międzykadencyjną ciągłość.

Oczywiście nowy rząd może wyjąć projekty z kosza i wnieść je do nowego Sejmu jako własne — zdając sobie sprawę, że od dziury budżetowej nie ma ucieczki. Na pewno jednak do wyborczej niedzieli nie doczekamy się od żadnej siły politycznej żadnych konkretów, w jaki sposób wyobraża sobie ona zmniejszenie niedoboru o 48 mld zł. Rząd nie puści pary z ust, natomiast opozycja zachowa komfort nieustosunkowywania się do propozycji nieistniejącej. Sytuacja ta jest bardzo wygodna dla obu stron.

Obie strony doskonale wiedzą także, iż przyszłroczny budżet musi powstawać w sytuacji szachowego niedoczasu. Dlatego naprawdę warto rozważyć rozwiązanie, zaproponowane w tytule tego tekstu! Konstytucja w art. 219 ust. 3 definiuje je następująco: „W wyjątkowych przypadkach dochody i wydatki państwa w okresie krótszym niż rok może określać ustawa o prowizorium budżetowym. Przepisy dotyczące projektu ustawy budżetowej stosuje się odpowiednio do projektu ustawy o prowizorium budżetowym”. Ustawa o finansach publicznych precyzuje, że projekt ustawy budżetowej rząd przedstawia Sejmowi „nie później niż na 3 miesiące przed zakończeniem okresu obowiązywania prowizorium”. Z obu aktów prawnych wynika, iż prowizorium nie różni się od budżetu dokładnie niczym — poza horyzontem czasowym.

Przypomnijmy, że w nowożytnych (liczonych od 4 czerwca 1989 r.) dziejach Polski skorzystano z prowizorium budżetowego tylko raz: Sejm wybrany 27 października 1991 r. oraz rząd Jana Olszewskiego, uformowany dopiero 23 grudnia, nie były w stanie szybko uchwalić budżetu na cały rok 1992. Dlatego najpierw przyjęto prowizorium na I kwartał, a uchwalenie pełnego budżetu (skonstruowanego przez ministra Andrzeja Olechowskiego) nastąpiło dopiero 5 czerwca — notabene kilkanaście godzin po usunięciu przez Sejm wspomnianego rządu.

Uchwalenie prowizorium na przykład na okres 1 stycznia-30 kwietnia 2002 r. dałoby nowemu rządowi przede wszystkim oddech i możliwość uzyskania dokładnej wiedzy o stanie finansów publicznych — na której brak tak narzeka SLD. Natomiast odchodząca ekipa rządowa powinna przestać brać wszystko z taką ambicją (już za późno!), dokonać w sobie przełomu psychologicznego i 30 września wnieść projekt najwyżej 4-miesięcznego prowizorium — dochowując wierności Konstytucji. Byłby to oczywisty dowód kapitulacji przed trudami sprawnego rządzenia państwem — ale przecież okazany już po wyborczym wyroku...

Może kiedyś: W dziejach III Rzeczypospolitej jeszcze nie zdarzyło się, aby budżet państwa był gotowy przed 1 stycznia. Rok 2002 z pewnością podtrzyma tę fatalną tradycję.

Zegar tyka: Premierowi Buzkowi pozostała ufność, że pani minister Wasilewska-Trenkner jakoś to wszystko skleci i uda się uniknąć postawienia przed Trybunałem Stanu. rys. Piotr Kanarek