Giełda Papierów Wartościowych popiera działania Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Wiesław Rozłucki, szef GPW, uważa jednak, że problem tkwi dziś głównie w kiepskich wynikach spółek publicznych. Bez dobrych wyników akcjonariusze nigdy nie będą usatysfakcjonowani.
„Puls Biznesu”: Jak Pan ocenia poszanowanie praw mniejszościowych inwestorów?
Wiesław Rozłucki, prezes Giełdy Papierów Wartościowych: W mojej opinii, obowiązujące obecnie przepisy wystarczająco gwarantują prawa drobnych udziałowców. Życie pokazuje nam jednak, że problem tkwi gdzie indziej. Przepisy są tylko przepisami. One określają wyłącznie reguły zachowań i implikują odpowiednie działania. Prawo może być niedoskonałe — to zrozumiałe, bo nie da się przewidzieć wszystkich sytuacji — ale nawet słabe prawo trzeba umieć egzekwować. I tu się przyłączam do chóru narzekających na polski wymiar sprawiedliwości. Poziom niewiedzy w sprawie przestępstw dokonywanych na rynku kapitałowym jest szokujący. I nie mam na myśli tylko zwykłych inwestorów, ale i organy, które ustawowo mają dbać o jego przestrzeganie.
Twierdzi się często, że skala zagrożenia społecznego tego typu czynami jest niska. To jest hipokryzja. Panującą ignorancję w tym temacie bardzo dobitnie unaocznił wywiad udzielony jednemu z dzienników przez osobę odpowiedzialną za ściganie przestępstw na rynku kapitałowym. Słabym ogniwem nie są przepisy, ale przede wszystkim ślamazarne i nie rozumiejące wagi problemu sądy i prokuratury.
- Odnosząc to do sytuacji w samych spółkach, czy mali akcjonariusze są obecnie mocniej gnębieni? Liczba konfliktów na styku spółka-drobny udziałowiec wydaje się systematycznie rosnąć.
Nie, nie sądzę, by ten proces się pogłębiał. Osobiście nie zauważam pogorszenia sytuacji, wręcz przeciwnie. Pojawiły się sygnały — używając giełdowego slangu — „zmiany trendu”. Wydaje mi się, że dno tego problemu mieliśmy jakieś dwa lata temu. A że nagłaśnia się więcej tego typu spraw, to wynika głównie ze wzrostu wiedzy wśród inwestorów i aktywności mediów. Jak się zna swoje prawa i problematykę sporu, łatwiej jest walczyć o swoje. Wcześniej nie było wcale mniej tego typu zdarzeń, tyle tylko, że się o nich rzadko głośno mówiło.
- Jak ocenia Pan dotychczasowe działania Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych?
Bardzo pozytywnie. Mocno popieramy i z zainteresowaniem przyglądamy się działalności SII. Organizacja ta bowiem nie tylko walczy o prawa mniejszościowych akcjonariuszy, ale — co równie ważne — edukuje swoich członków.
Jest to o tyle istotne, że obecnie wiele spółek lekceważy prawa mniejszościowych udziałowców. Często nie wiedzą oni, jak się bronić i dlatego tak cenna wydaje się pomoc świadczona przez SII.
- Czy ta batalia przynosi oczekiwane efekty?
Nie można w ferworze walki zapominać o proporcjach. Drobni akcjonariusze są ważni i trzeba walczyć o poszanowanie ich praw. Ale są i duzi inwestorzy, którzy włożyli znacznie większy kapitał i domagają się — co zrozumiałe — uwzględnienia swoich praw. Jako przykład swoistego niezrozumienia zasad panujących na rynku kapitałowym i naginania prawa podam sprawę związaną z wymogiem posiadania przez spółkę w radzie nadzorczej członków niezależnych.
Twierdzi się czasem, że duży akcjonariusz nie może proponować kandydata na członka rady, gdyż straci on w ten sposób status niezależności. Tymczasem niezależność nie polega wcale na tym, by była to osoba całkowicie z zewnątrz, która będzie tylko patrzyła zarządowi i głównym właścicielom spółki na ręce. Niezależny członek RN to osoba, która będzie dbała o to, by w spółce realizowano korzystną dla niej strategię oraz, aby przestrzegano proporcji, które wyznacza wielkość zainwestowanego kapitału. Ma on przykładowo dbać o to, by akcjonariusze proporcjonalnie uczestniczyli w podziale zysku. Zatem akcjonariusz, który kontroluje 80 proc. kapitału spółki, ma dostać 80 proc. zysku, a w ręce pozostałych udziałowców powinno trafić pozostałe 20 proc. Ani mniej, ani więcej.
- Z Pana wypowiedzi wynika, że głównym tłem konfliktów spółek z inwestorami są przede wszystkim wyniki finansowe.
W mojej opinii, obecnie najważniejszym problemem nie jest poszanowanie praw drobnych akcjonariuszy, ale generowanie zysków przez spółki. Gdy ich nie ma, albo są symboliczne, trudno mówić o jakiejkolwiek satysfakcji ze strony udziałowców, głównie mniejszościowych. Odrębną kwestią jest natomiast transfer zysków. W takim przypadku stanowisko małych udziałowców, domagających się udziału w profitach, wydaje się jak najbardziej uzasadnione. Jednak i w tym przypadku działania podjęte przez instytucje rynku kapitałowego oraz SII zaczynają powoli przynosić efekty.