Najważniejsze, że udał się eurowypoczynek

Jacek Zalewski
opublikowano: 2005-01-04 00:00

Niecały rok temu mieliśmy okoliczność z Przedstawicielstwem Komisji Europejskiej (PKE) w Polsce. „PB” napisał wówczas o niejasnym przetargu na dostawę radarów do ochrony morskiej granicy. W marcu 2004 r. pierwszy radca John O’Rourke obraził się na redakcję za opublikowanie nieco skróconego wyjaśnienia PKE — które zostało napisane niezgodnie z polskim prawem prasowym, albowiem było zdecydowanie za długie! — i wycofał swój euromajestat ze składu jury konkursu Huzar Europy 2004. Z trudem, ale jakoś to przeżyliśmy.

Od tamtego czasu coś niecoś się wydarzyło. PKE (odpowiednik ambasady) istniało do 30 kwietnia 2004 r., a od 1 maja przekształciło się w wewnątrzunijną Reprezentację Komisji Europejskiej (RKE) i radykalnie schudło kadrowo. Pracują jeszcze sekcje do sfinalizowania projektów Phare. Po lekturze tekstu w dzisiejszym „PB” na str. 4-5 trudno nie dojść do wniosku, że im szybciej RKE całkiem wygaśnie, tym będzie lepiej i dla Polski, i dla Unii.

Po co komu instytucja, która może sobie pozwolić na zamknięcie od 24 grudnia do 2 stycznia?! Tłumaczenie, że w tym czasie nie pracuje sama KE, jest równie śmieszne, co straszne. To fakt, że na świecie służba zagraniczna — do której zalicza się także eurokracja z ronda Schumana w Brukseli — stara się w miarę możliwości spędzać świąteczno-noworoczne urlopy w macierzystych krajach i placówki działają wówczas na zwolnionych obrotach, ale funkcjonują! Tymczasem zagraniczno-krajowe RKE w Polsce okazuje się firmą — jak ująłby to klasyk — „ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra…”