PKO BP jest rentowną spółką, która bez problemu mogłaby zadebiutować na warszawskiej giełdzie. Niestety, nie ma nawet doradcy prywatyzacyjnego.
4 sierpnia miał upłynąć termin wyboru doradcy przy prywatyzacji PKO BP. Decyzja w tej sprawie zapadła już w piątek. Przetarg został unieważniony.
Historia zatoczyła koło. To już drugi unieważniony przetarg. Pierwszy został ogłoszony we wrześniu 2001 r., gdy władzę w resorcie skarbu sprawowała Aldona Kamela-Sowińska. Wówczas rząd zamierzał w pierwszym etapie sprzedać 30 proc. akcji banku w ofercie publicznej, a 15 proc. przekazać jego pracownikom. W drugim etapie 10 proc. papierów miało trafić do krajowych i zagranicznych inwestorów instytucjonalnych. Przetarg na doradcę miał się zakończyć 5 listopada. Jednak już w październiku Wiesław Kaczmarek, nowy minister skarbu, unieważnił go, tłumacząc, że najpierw musi się „zapoznać z misją banku”.
Kolejny przetarg, którego Wiesław Kaczmarek już nie doczekał, ogłoszono na początku marca. Zbieranie ofert miało potrwać do 18 kwietnia, jednak z powodu nikłego zainteresowania przedłużono je do 9 maja. Wystartowały dwa konsorcja — Credit Suisse First Boston z Bankowym Domem Maklerskim PKO BP oraz Citigroup Global Markets Polska w konsorcjum z Domem Maklerskim BHW. Termin wyboru przez MSP upływał 23 czerwca. Jednak przed jego upływem resort skarbu poprosił konsorcja o przedłużenie ważności ich ofert o 45 dni, czyli do 4 sierpnia. W tym czasie Departament Prawny Ministerstwa Skarbu Państwa miał zdecydować, czy konsorcja mogą doprecyzować oferty doradcze bez naruszania procedur przetargowych. W piątek zapadł wyrok — przetarg na doradcę został unieważniony.
To oznacza, że prywatyzacja jednego z dwóch największych detalistów w Polsce przesunie się nawet na 2005 r. A będzie to rok wyborów parlamentarnych, kiedy decyzje o wielkich prywatyzacjach nie są podejmowane. 2006 r. będzie prawie równie zły, gdyż czekają nas wybory prezydenckie.


