Ochrzczenie 12 sierpnia 2026 r. w Gdyni kadłuba fregaty wielozadaniowej ORP Wicher to wydarzenie naprawdę historyczne w dziejach zarówno Marynarki Wojennej, jak też polskiego przemysłu stoczniowego. Pierwszy raz od odzyskania przez Polskę w 1918 r. niepodległości tak wielki okręt wojenny, o wyporności bojowej około 7 tys. ton – jeszcze trochę i wyszedłby prawie lekki krążownik – budowany jest w krajowej stoczni. Wypuszczenie kadłuba to fundamentalny, ale dopiero pierwszy etap, wprowadzenie w pełni wyposażonej fregaty do służby realne jest w 2029 r. Zaplanowane na 13 sierpnia zwodowanie kadłuba będzie operacją technicznie niezwykłą, ponieważ Wicher spłynie nie ze standardowej stoczniowej pochylni, lecz na pełnych wodach Zatoki Gdańskiej bardzo powoli i ostrożnie z potężnej barki nośnej. Po wojnie jedyna wielka jednostka wojenna, budowana w Polsce aż 18 lat i wprowadzona wreszcie do służby w 2019 r., to korweta patrolowa Ślązak o pełnej wyporności prawie 2,5 tys. ton.
Poza wspomnianym wyjątkiem z epoki już III Rzeczypospolitej, wszystkie większe jednostki pływające na Bałtyku pod polską banderą sprowadzane były z zagranicy. II RP wykosztowała się na dywizjon niszczycieli, zwanych wtedy kontrtorpedowcami. Najpierw kupiona została we Francji mniejsza para Wicher i Burza, ich wyporność bojowa przekraczała 1,9 tys. ton. Później ze stoczni brytyjskiej przypłynęła większa para niszczycieli Grom i Błyskawica, miały wyporność bojową blisko 2,5 tys. ton. Tuż przed wybuchem wojny trzy jednostki dywizjonu odpłynęły do Wielkiej Brytanii, natomiast Wicher bohatersko bronił Polski, ale już 3 września 1939 r. został zatopiony przez niemieckie samoloty w porcie wojennym na Helu, razem z dużym stawiaczem min Gryf. Tragiczny los słynnego pierwszego ORP Wicher został przypomniany podczas środowej uroczystości nadania imienia jego następcy, notabene nie pierwszemu, ponieważ tak samo nazwany niszczyciel produkcji radzieckiej pływał w marynarce PRL. Ostatnim dużym okrętem takiego pochodzenia był niszczyciel rakietowy Warszawa, czyli poradziecki Smiełyj, wprowadzony u nas do służby w 1988 r., zaś wycofany w 2003 r. i zezłomowany.
Wieloletni program Miecznik obejmuje zbudowanie w gdyńskiej stoczni trzech identycznych fregat. Następne mają nosić nazwy Burza i Huragan, przy czym ta ostatnia zdumiewa, ponieważ historycznie powinna brzmieć oczywiście ORP Grom. Wspomniany wcześniej niszczyciel brytyjskiej produkcji został zatopiony przez lotnictwo niemieckie w 1940 r. w Narwiku. Burza i Błyskawica wojnę przetrwały, kolejno pełniły przy nabrzeżu w Gdyni rolę okrętów muzealnych, Burza poszła na złom, zaś dobrze zakonserwowana Błyskawica z powodzeniem wciąż gości tłumy zwiedzających oraz wiele marynarskich uroczystości. Tercet nowoczesnych fregat Wicher, Burza i Grom stanowiłby razem z zakotwiczoną koło nich 90-letnią obecnie weteranką niezwykły kwartet. Naprawdę trudno pojąć, co decydentom z MON – nie wiadomo z której rządowej ekipy – przyszło do głowy z tym całkiem obcym tradycji polskiej marynarki Huraganem.
Fregaty to okręty średniej wielkości do eskorty, obrony przeciwlotniczej i przeciwdronowej oraz klasycznej walki z nawodnymi i podwodnymi okrętami przeciwnika. Polska potrzebuje takich jednostek na Bałtyku do osłony infrastruktury energetycznej, obrony polskiego wybrzeża oraz skutecznego odstraszania jednostek morskich i lotniczych Federacji Rosyjskiej. Po przystąpieniu Szwecji i Finlandii do Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego (NATO) nasze zamknięte i płytkie morze stało się prawie wewnętrznym akwenem sojuszu. Prawie czyni jednak ogromną różnicę, Rosja ma dwa potężne nadbałtyckie porty wojenne – główny w Kronsztadzie koło Petersburga oraz w Bałtijsku koło Królewca, ten drugi dosłownie o rzut dronem od naszych wód terytorialnych. To okoliczność w pełni uzasadniająca przypomnienie sobie wreszcie przez budżet państwa o potrzebach marynarki. Wicher kosztuje około 5 mld zł, dwie następne fregaty naturalnie będą droższe – zwyżki kosztów się nie uniknie – ale to wydatki konieczne.

