Nakazy regulatora muszą być realistyczne

Karol Wieczorek
opublikowano: 2002-05-22 00:00

Zdaniem Henryka Beberoka, praktyka poprzednich lat pokazała, że zbyt spektakularne działania URTiP względem operatora dominującego (TP SA) przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego. Dlatego pod obecnym kierownictwem urząd regulatora ma być bardziej wyrozumiały, co nie znaczy, że mniej skuteczny.

„Puls Biznesu”: Jak Pan ocenia obecną sytuację polskiego rynku telekomunikacyjnego?

Henryk Beberok: Jeśli sprawę rozpatrywać z aspekcie technicznym, to należy pamiętać, że w 1989 r. w Polsce przypadało zaledwie 7 linii telefonii stacjonarnej na 100 mieszkańców. Po dwunastu latach współczynnik ten wynosi 30. To duży skok, ale w porównaniu z krajami rozwiniętymi to nadal bardzo mało, tym bardziej że na Zachodzie już kilkanaście lat temu penetracja telefonii stacjonarnej wynosiła około 50 linii na 100 mieszkańców. Niestety w ciągu ostatnich paru lat w naszym kraju nie udało się podtrzymać ogromnej dynamiki wzrostu liczby nowych abonentów telefonii stacjonarnej, która trwała począwszy od 1992 r. właściwie do końca ubiegłej dekady. Trzeba jednak pamiętać o tym, że w momencie gdy my zaczęliśmy intensywnie zwiększać liczbę linii stacjonarnych oraz budować sieci telefonii bezprzewodowej, w Europie Zachodniej oba sektory miały już ugruntowaną pozycję. Z kolei w tym roku w naszym kraju liczba użytkowników telefonii komórkowej zrównała się z abonentami telefonii stacjonarnej. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że pod względem stopnia korzystania z usług, wyrażonego w pieniądzach, telefonia bezprzewodowa zaczęła dominować nad stacjonarną. Sektor telefonii stacjonarnej jest więc w gorszym położeniu, ponieważ ma mniej środków, które można przeznaczyć na inwestycje.

Słabość polskiego rynku telefonii stacjonarnej zawdzięczamy jednak w największym stopniu brakowi faktycznej demonopolizacji. Co w tym zakresie zamierza w najbliższym czasie zrobić URTiP?

Obecnie za najważniejszą dla rynku kwestię uważamy wprowadzenie jasnych zasad połączeń i rozliczeń międzyoperatorskich na podstawie kosztów produktowych i uznanie dominującej pozycji TP SA na tym rynku. Do osiągnięcia tego celu konieczne jest jednak wprowadzenie przez wszystkich operatorów interkonektu z sygnalizacją numer 7, dzięki której możliwe jest dokładne kontrolowanie wszystkich połączeń wchodzących i wychodzących w poszczególnych sieciach. Wprowadzenie sygnalizacji C7, na którą składa się również CLIP, czyli informacja o numerze abonenta, nie tylko ureguluje status niezależnych operatorów, ale umożliwi również abonentom swobodny wybór dostawcy usług. Obecnie abonent, którego numer nie identyfikuje się, jest pozbawiony możliwości korzystania z innych dostawców. Ponadto dzięki sygnalizacji interkonektowej C7 będziemy mogli zwalczać szarą strefę telekomunikacyjną, czyli usługi, których nie obejmują umowy międzyoperatorskie, a mimo to przepływają one w tym ruchu. Jej wartość szacujemy na 1-2 proc. całego rynku. Do uregulowania pozostaje również szereg sporów dotyczących punktów styku pomiędzy sieciami poszczególnych operatorów. A wbrew powszechnemu przekonaniu zarówno operator dominujący, jak i operatorzy niezależni czasem popełniają faule. Mam jednak nadzieję, że dzięki zniesieniu 350 mln zł kar dla TP SA, stworzyliśmy warunki do szybkiego załatwienia tej sprawy.

Od kiedy wszyscy abonenci TP SA będą posiadać CLIP? W końcu operator zawsze może twierdzić, że nie może zapewnić tej usługi ze względów technicznych czy ekonomicznych.

Nie sztuką jest wydanie decyzji, która już z założenia jest niewykonalna, bo wymaga na przykład poniesienia niepomiernie wysokich kosztów w zbyt krótkim czasie. Należy też pamiętać, że procedury przetargowe oraz realizacja umów na dostawy elementów infrastruktury może trwać kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Stąd każdy tego typu przypadek trzeba traktować indywidualnie, rozpatrując rzeczowe argumenty drugiej strony. A jest co rozważać, bowiem jeszcze 20 proc. central TP SA to urządzenia analogowe, nie obsługujące CLIP. W najbliższym czasie chcielibyśmy przynajmniej doprowadzić do tego, aby niezidentyfikowane numery abonentów nie były odrzucane z usług. Natomiast mamy nadzieję, że pełne uregulowanie kwestii monitorowania sygnalizacji C7 i CLIP nastąpi najpóźniej za rok.

Czy naprawdę wierzy Pan, że cofnięcie kar dla TP SA wpłynie na zwiększenie liczby abonentów sieci telefonii stacjonarnej, szczególnie na terenach wiejskich?

Oczywiście prezes URTiP mógłby postąpić spektakularnie, narzucając TP SA spożytkowanie teoretycznie darowanych 350 mln zł na zwiększenie liczby abonentów na terenach wiejskich. Wtedy jednak operator dominujący równie spektakularnie dowiódłby, że podłączenie jednej linii kosztuje np. 4 tys. zł, po czym podłączył 80 tys. klientów. Obawiam się jednak, że niczego dobrego by to dla rynku nie przyniosło. Dlatego podejmując decyzję o anulowaniu kar — które były zresztą nie do obrony przed sądem — postanowiliśmy dać szansę Telekomunikacji Polskiej na wdrożenie m.in. sygnalizacji interkonektu C7 oraz przygotowanie oferty produktowej w oparciu o ceny usług sprawdzone przez niezależnego audytora, a wskazanego przez urząd. To spowoduje, że konstrukcja cenowa będzie jasna i zrozumiała, zaś URTiP będzie posiadał narzędzia do kontroli tego rynku. Uważamy bowiem, że dla rynku operatorskiego, a w efekcie dla nas wszystkich, najważniejsze jest wprowadzenie jasnych reguł gry, w których ceny operatora dominującego ustalane będą na podstawie faktycznie ponoszonych kosztów. O to zadba również niezależny audytor, którego wskaże URTiP. Jednocześnie chciałbym zastrzec, że regulator nie pozbawił się możliwości nakładania kar. Wydaje się, że te jasne reguły powinny pobudzić rozwój rynku w znacznie większym stopniu i umożliwić przyłączenie przez wszystkich niezależnych operatorów abonentów w liczbie wielokrotnie przekraczającej wspomniane 80 tysięcy.

Skoro, jak Pan twierdzi, samym nakładaniem kar nie zmusi się TP SA do zwiększania liczby abonentów, a chętnych do inwestowania ogromnych kwot w telefonię stacjonarną nie widać, czy mamy w ogóle szansę kiedykolwiek dogonić Europę?

Z pewnością mamy szansę, ale nie nastąpi to tak szybko, jak byśmy chcieli, i nie na bazie usługi podstawowej, czyli połączeń głosowych. Myślę, że gdy w dorosłe życie wkroczy pokolenie, które obecnie się uczy, powstanie większy popyt na usługi dodatkowe, tj. szybki dostęp do Internetu, oferowane przez operatorów sieci telefonii stacjonarnej, dzięki którym możemy osiągnąć gęstość na poziomie blisko 45 linii na 100 mieszkańców. Wydatnie pomóc w tym może postęp technologiczny, który sprawia, że koszty utrzymania sieci, a co za tym idzie oferowania usług, spadają. Sądzę, że również regulator pozostanie nie bez wpływu na ceny oferowanych usług.

Jak wiele czasu zajmie prawdziwa demonopolizacja polskiego rynku telekomunikacyjnego oraz wyrównanie wskaźników zagęszczenia liniami telefonicznymi?

Regulator nie ma bezpośredniego wpływu na zwiększenie liczby abonentów telefonii stacjonarnej, może natomiast tworzyć jasne i przejrzyste zasady gry rynkowej oraz uzbroić się w narzędzia pomocne w kontroli rzetelności wszystkich graczy. Mogę jedynie zapewnić, że nasze działania będą sprzyjały rozwojowi całego rynku. Z pewnością jednak nie zabraknie nam pracy do końca kadencji, czyli przez pięć lat. Do tego czasu chcielibyśmy móc z czystym sumieniem pokazać, że udało się nam zliberalizować i umocnić rynek.