Krzysztof Zaręba, główny inspektor ochrony środowiska, twierdzi, że polski system ochrony środowiska, który jest właśnie dostosowywany do wymogów unijnych, był dużo bardziej restrykcyjny od przepisów obowiązujących w krajach UE. To właśnie dzięki niemu stan polskiego środowiska naturalnego w ciągu ostatnich 12 lat zdecydowanie się poprawił.
„Puls Biznesu”: Jak Pan ocenia stan polskich firm, jeżeli chodzi o ochronę środowiska?
Krzysztof Zaręba: Myślę, że polskie firmy zmieniły swój stosunek do ochrony środowiska dość radykalnie.
To znaczy?
— Wiele zakładów, które były najbardziej szkodliwe dla środowiska, albo zostało całkowicie zlikwidowanych, albo zamknięto w nich działy produkcji najbardziej uciążliwe. Na przykład w branży celulozowo-papierniczej właściwie zupełnie wyeliminowano zakłady produkujące celulozę.
Dlaczego?
— Wynika to oczywiście nie tylko z dbałości o środowisko, ale również z kar i opłat, które przedsiębiorstwa musiały ponosić z tytułu nieprzestrzegania przepisów. Poza tym trwa stała modernizacja polskich zakładów produkcyjnych. Inna sprawa, że wygląda ona bardzo różnie. Zwykle wiąże się z restrukturyzacją, która w polskim wydaniu oznacza po prostu likwidację. Jeżeli natomiast chodzi o zakłady produkcyjne wybudowane w naszym kraju po 1989 r., to też nie stwarzają poważnego zagrożenia dla środowiska.
Co to znaczy „nie stwarzają poważnego zagrożenia dla środowiska”?
— Po pierwsze, liczba dużych zakładów zbudowanych od podstaw jest u nas znikoma. Po drugie, te które powstały, są zakładami — powiedziałbym — wyższej technologii.
Czyli?
— Zostały wybudowane przy udziale inwestorów zachodnich, przez co od początku wyposażono je w pełny zakres odpowiednich zabezpieczeń. Dominująca część zachodnich inwestycji w Polsce nie stanowi poważnego zagrożenia dla środowiska.
O jakich inwestycjach Pan mówi?
— Zachodnie inwestycje w naszym kraju to przede wszystkim stacje benzynowe. One przy tzw. podwójnym uszczelnianiu, przy odpowiednich zabezpieczeniach i dobrej eksploatacji co najmniej przez kilkadziesiąt lat nie będą stanowiły istotnego zagrożenia dla środowiska. Na drugim miejscu wśród zachodnich inwestycji w naszym kraju znajdują się sieci hipermarketów, które też nie są szczególnie uciążliwe dla środowiska. W tej chwili muszą się jedynie dostosować do nowych rozwiązań ochronnych, które wynikają z adaptacji unijnych przepisów o gospodarce odpadowej i recyklingu. Ale generalnie są to obiekty bezpieczne, nie stwarzające żadnego zagrożenia poza hałasem.
Poza hałasem?
— Tak. Hałas to element negatywnego oddziaływania na środowisko, który jest jednym z najbardziej współczesnych trendów ustawodawstwa unijnego. Mniejszego znaczenia nabierają za to inne, tradycyjne czynniki, które dawniej były uważane za najbardziej uciążliwe.
Chciałby Pan coś jeszcze dodać?
— Chcę powiedzieć, że optymistycznym zjawiskiem jest również kurczenie się listy 80 największych trucicieli środowiska w Polsce. Ostatnio mieliśmy dwa bardzo przyjemne akcenty. Dwa zakłady spełniły dosyć surowe kryteria konieczności stworzenia instalacji neutralizujących szkodliwe zrzuty do środowiska naturalnego. Z listy 80 został skreślony Zespół Elektrociepłowni Warszawskich, które zmniejszyły emisję dwutlenku siarki i tlenku azotu oraz wprowadziły praktycznie bezodpadową gospodarkę pyłów i żużli. Drugim przedsiębiorstwem są Zakłady Chemiczne Erg w Pustkowie koło Dębicy.
Wspomniał Pan o systemie kar i polskim ustawodawstwie związanym z ochroną środowiska. Jak Pan to ocenia? Co tutaj można zmienić? Czego tu jeszcze brakuje?
— Ten cały system od bardzo dawna funkcjonuje, a raczej funkcjonował dosyć skutecznie. Ostatnio wprowadzono jednak nieco przesadzone przepisy związane z opłatami za wodę — tzw. zrzut ścieków. Ich nowelizacja z 2001 r. zakładała wręcz niebotyczny wzrost kar i opłat w gospodarce wodnej. Ministerstwo musiało się więc wycofać z tak drastycznych podwyżek, dlatego że to groziło załamaniem budżetów domowych. Mimo że teoretycznie dawałyby one spore wpływy do budżetu państwa, to w praktyce mogłyby się okazać zarzewiem olbrzymich niepokojów społecznych. Zatem podwyżki opłat za wodę, które ponoszą wszyscy — i odbiorcy indywidualni, i zakłady pracy — będą, ale nie tak drastyczne jak zakładał poprzedni rząd.
To znaczy jakie?
— W granicach kilkudziesięciu procent, a planowano podwyżki rzędu kilkuset procent. System ochrony środowiska musi być korygowany i dostosowany do warunków unijnych, ale w odniesieniu do realiów, które funkcjonują w naszym kraju. Zresztą chcę tu przy okazji powiedzieć, że wcale nie jest tak, że na zachodzie Europy jest wszystko doskonałe. Mieliśmy swego czasu nawet lepszy system ochrony środowiska niż niejeden zachodni. Był on dosyć kompletny. Począwszy od elementów ochrony przyrody, poprzez system organizacyjny, skończywszy na systemie finansowania — czego w Europie nie było. Można więc powiedzieć, że Europa powinna czerpać z naszych wzorców, a nie odwrotnie. No, ale tak się składa, że to my wchodzimy do Europy, a nie odwrotnie.
Podobno nasz system ochrony środowiska był dużo bardziej restrykcyjny od unijnego?
— Nasze normy były w wielu przypadkach ostrzejsze. Natomiast unijne mają nieco szerszy zakres. Są w nich zawarte zanieczyszczenia, których myśmy do tej pory nie uwzględniali. Poszerza się więc wachlarz zagrożeń. Ale oprócz tego poszerza się w szalony sposób biurokracja.
Czyli?
— To wszystko jest czystym szaleństwem. Mnóstwo sprawozdań, rozliczeń, wzorów rozmaitych umów itp. Wystarczy powiedzieć, że w tej chwili minister środowiska musi w bardzo krótkim czasie wydać około 135 rozporządzeń wykonawczych do wszystkich ustaw znowelizowanych zgodnie z wymogami unijnymi.
