Zasadnie pozycjonuje się na przywódcę zachodniego świata, szczyt jedności miał potwierdzić jego mocarstwową pozycję. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie… niedawna debata telewizyjna kandydatów do Białego Domu. Blisko 82-letni Joseph Biden zaprezentował się 27 czerwca fizycznie tak marnie, że w powszechnej opinii wyborców, niezależnie od ich poglądów, zdecydowanie przegrał wizerunkowo – bo wcale nie merytorycznie – z 78-letnim Donaldem Trumpem, swoim poprzednikiem i potencjalnym następcą. Demokratyczny prezydent nie przyjął do wiadomości konstruktywnej krytyki, a zwłaszcza pełnych troski dobrych rad, by zrezygnował na rzecz jakiegoś – bliżej niesprecyzowanego – demokratycznego kandydata z większymi szansami.
Uczestnicy szczytu NATO oczywiście 5 listopada nie głosują, ale trudno im się dziwić, że gospodarza wręcz skanowali. Równie dyskretnie, co dokładnie analizowali przede wszystkim stan fizyczny Josepha Bidena – nie tyle co mówił, bo przecież wszystko miał napisane na prezydenckim prompterze, lecz jak mówił. Paradoksalny był kontrast między werbalną potęgą sojuszu a fizyczną ułomnością jego przywódcy. Szefowie państw i rządów w większości wyjechali z Waszyngtonu zafrasowani, ponieważ obcując przez ileś godzin fizycznie z Josephem Bidenem, nabrali przekonania, że to jego ostatni szczyt NATO, albowiem w przyszłorocznym w Hadze będzie już uczestniczył zaprzysiężony 20 stycznia 2025 r. Donald Trump. Co oczywiście nie będzie dla niego pierwszyzną, wszak podczas swojej pierwszej kadencji był dwa razy w siedzibie NATO w Brukseli oraz w 2019 r. na szczycie 70-lecia w Londynie. Notabene wśród ustawiających się do zdjęcia z Bidenem kilku czeka na powrót Trumpa – najbardziej otwarcie mówi o tym węgierski premier Viktor Orbán, a po cichu odlicza już dni prezydent Andrzej Duda. Stawiam każde pieniądze, że gdy w nocy 5/6 listopada mapa USA obwieści elektorską przewagę czerwonych stanów republikańskich, to depeszę do Donalda Trumpa wyśle w oka mgnieniu, a nie dopiero po wielu tygodniach, jak to zdarzyło się cztery lata temu, gdy Joseph Biden długo nie był dla Dudy prawomocnie wybranym prezydentem.
Deklaracja szczytu obejmuje 38 punktów plus 6-punktowy suplement dotyczący Ukrainy. Z punktu widzenia obecnego w Waszyngtonie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego ten ostatni dokument jest akademickim przykładem polityczno-dyplomatycznej hipokryzji. Napadniętemu przez Rosję państwu NATO otwiera deklaratywnie niebo wszechstronnej pomocy militarnej, politycznej, gospodarczej, finansowej i humanitarnej, ale nie ma ani pół słowa na temat najważniejszy – kiedy Ukraina zostanie oficjalnie zaproszona i stanie się 33. pełnoprawnym członkiem sojuszu. Wymaga to jednomyślności obecnych 32 państw NATO, o czym nie ma mowy ze względu choćby na sprzeciw wspomnianego Viktora Orbána, z którym trzyma sztamę turecki prezydent Recep Tayyip Erdoğan. Niedawno obaj urządzili cyrk ze sztucznie rozciągniętą w czasie ratyfikacją akcesji Finlandii oraz Szwecji, przyjęcie Ukrainy mogliby przetrzymać… dopóki im tylko biologia pozwoli. Notabene otwarta obstrukcja obu despotów jest bardzo wygodna dla przywódców kilku innych państw, którzy także nie widzą Ukrainy w sojuszu – ze strachu przed reakcją Rosji – ale wolą nie mówić tego wprost.
Standardem szczytów NATO jest upajanie się mocą artykułu 5 traktatu waszyngtońskiego. Sygnatariusze „zgadzają się, że zbrojna napaść na jedną lub więcej ze stron w Europie lub Ameryce Północnej będzie uznana za napaść przeciwko nim wszystkim”. Przez długie lata ten solidarnościowy zapis postrzegany był głównie teoretycznie, NATO skorzystało z niego tylko raz, po uderzeniu terrorystów 11 września 2001 r. na World Trade Center i Pentagon. Notabene owa jedyna w dziejach formalna operacja NATO w Afganistanie skończyła się militarno-polityczną klęską Zachodu i ewakuacją w trybie gorszym niż niegdyś wyjście armii Związku Radzieckiego. Mimo afgańskiego blamażu z 2021 r. po dokonaniu przez Rosję 24 lutego 2022 r. agresji na Ukrainę artykuł 5 traktatu zasadnie postrzegany jest przez nasz świat jako polisa na bezpieczeństwo państwa. Dla Kijowa to marzenie wciąż nieosiągalne.
Deklaracja szczytu w Waszyngtonie nie jest żadną rewolucją w stosunku do dokumentów z Madrytu 2022 czy Wilna 2023. Głównym wrogiem NATO pozostaje oczywiście Rosja, zaś jej pomocnikiem – Chiny. Polskim akcentem deklaracji stało się odnotowanie zwiększenia zdolności operacyjnej NATO w zakresie obrony przed rakietami balistycznymi (BMD) – a to za sprawą uruchomienia wreszcie obiektu Aegis Ashore w Redzikowie koło Słupska. Amerykański obiekt w Polsce uzupełnia pierścień obronny istniejący już w Rumunii, Hiszpanii oraz Turcji. Przy czym NATO podkreśla, że obrona przeciwrakietowa uzupełnia rolę broni nuklearnej w odstraszaniu, ale nie może jej zastąpić.
