Okoliczność, że w Polsce prezydent i premier noszą to samo nazwisko, a nie imię — jak, powiedzmy, na Ukrainie — czasami okazuje się korzystna. Efektywność politycznych ustaleń dwóch panów Kaczyńskich jest zdecydowanie wyższa niż dwóch panów Wiktorów — Juszczenki i Janukowycza. U nas głowa państwa i szef rządu wypowiadają się jednakowo, na przykład o perspektywie wycofania się z weta blokującego negocjowanie nowej umowy Unii Europejskiej z Rosją. Warunkiem ma być zniesienie przez Moskwę embarga na polskie produkty mięsne i roślinne, a także wprowadzenie do umowy satysfakcjonujących nas zapisów dotyczących bezpieczeństwa energetycznego. Na ten drugi człon zwracamy uwagę, ponieważ jego realizacja może okazać się znacznie trudniejsza niż odwołanie handlowego embarga. W każdym razie Polska — a także Litwa — przechodzą z pozycji wyłączenia ekranu negocjacji w stan czuwania.
Weto na pewno odegrało swoją rolę, wymuszając na potentatach Unii Europejskiej pochylenie się nad biedą polskich eksporterów. Bez niego nasz problem najprawdopodobniej pozostałby niezauważony. Ale weto to środek ostateczny, który nie może być nadużywany, a przede wszystkim — stosowany bezterminowo, ponieważ kłóci się z istotą negocjacyjnego kompromisu. Dlatego naprawdę nadszedł czas na wycofanie się obu skonfliktowanych stron z okopów. W stosunkach dyplomatycznych po pierwsze — obowiązuje zasada symetrii, a po drugie — żadna ze stron nie może czuć się pokonana. W tym konkretnym wypadku Polska oczywiście nie może jednostronnie zrezygnować z weta, a Rosja oczywiście nie może jednostronnie znieść embarga.
Jedynym wyjściem okazuje się zatem transakcja kompensacyjna — weto za embargo. No tak, ale poziom wzajemnego zaufania w stosunkach polsko-rosyjskich jest obecnie tak niski, że żadna ze stron nie zgodzi się na podjęcie i ogłoszenie decyzji bez gwarancji, że druga jednocześnie uczyni to samo. Niestety, na depozytariusza polsko-rosyjskiego porozumienia nie nadaje się sprawująca obecnie prezydencję UE kanclerz Angela Merkel — i w tym wypadku nieufność braci Kaczyńskich ma pełne uzasadnienie. Notabene, trudno w ogóle znaleźć unijne państwo, w którego ręce moglibyśmy ze spokojem złożyć mediację w polsko-rosyjskich sporach — może Szwecja lub Dania, a może dopiero któreś z państw bałtyckich, gdy przyjdzie ich kolej przewodzenia Unii.
Wszystko to prowadzi do wniosku, że niezależnie od wszelkich uwarunkowań unijnych, los embarga zależy od bezpośredniego porozumienia Polski i Rosji — tymczasem nasze obecne stosunki przypominają relacje chłopców z piaskownicy, którym nakazano wzajemne przeprosiny, ale żaden nie chce wyciągnąć ręki pierwszy. Mimo wszystko niech żywieni — rosyjscy konsumenci polskim mięsem — nie tracą nadziei…