Ich dewizą jest mistrzostwo w specjalizacji, bo uważają, że nie mogą być dobrzy we wszystkim.
Bernhard Thoma i Władysław Zając spotkali się w typowych dla biznesu okolicznościach. Niemiecki biznesmen z polskim rodowodem przyjechał do Opola, by zawrzeć kontrakt z fabryką mebli. Pracujący tam wówczas na stanowisku asystenta dyrektora generalnego Władysław Zając przygotował umowę niezwykle korzystną dla przedsiębiorstwa.
— Pan Thoma nie zraził się do mnie. Przeciwnie, zaproponował grę w tej samej drużynie. Przyjąłem zaproszenie i odtąd moja wiedza wspomaga Mebel Art — wspomina dyrektor Władysław Zając.
Od powstania firmy w 1992 roku, jej podstawową działalnością jest sprzedaż materiałów, urządzeń i maszyn dla branży meblarskiej i stolarskiej oraz ich serwisowanie. Na początku zatrudniała trzy osoby, dzisiaj piętnaście. Od podobnych przedsiębiorstw różni ją to, że oferuje materiały — na przykład specjalne sznurki i pianki — które w gotowym produkcie stanowią zaledwie 1-5 proc. całości wyrobu (w meblach tapicerskich), jednak bez nich dzisiaj trudno wykonać estetyczny mebel.
— Dlatego pokrywamy siecią cały kraj, czasami wysyłamy towar na Białoruś lub Litwę. Aktywnych odbiorców mamy około trzystu. Nie zajmujemy się kompleksowym zaopatrywaniem firm meblarskich, naszą dewizą jest mistrzostwo w specjalizacji. Nie możemy być dobrzy we wszystkim, skupiamy się na pojedynczych elementach — mówi dyrektor.
Na mapie na czerwono zaznaczony jest Berlin.
— W stolicy Niemiec prowadzimy z mężem firmę o podobnym profilu. Ale przebywamy głównie w Chróścicach. To znaczy ja, bo mąż mieszka w samochodzie. Jeździ po całej Polsce do kontrahentów przez 400 dni w roku — żartuje Alice Thoma, wraz z mężem Bernhardem współwłaścicielka Mebel Art.
Firmy w Polsce i Niemczech wzajemnie zapewniają sobie odbiorców.
— Jeśli firma z Berlina sprzeda narzędzia do produkcji mebli, firma z Chróścic zajmie się dalszą obsługą urządzeń, na przykład dostarczy zużywające się piły do cięcia drewna — wyjaśnia Alice Thoma.
Zyskiwać nowoczesnością
Schodzimy z pomieszczeń biurowych w dół. Dawniej była tu ubojnia trzody chlewnej, obecne magazyny przekształcono z chlewów miejscowej spółdzielni rolniczej. Wokoło sosny stanęły do wyścigu z gminnym wysypiskiem śmieci, ale przykre zapachy nie dokuczają pracownikom Mebel Artu.
Lokalizacja może nie imponuje, ale nowoczesne urządzenia dla stolarzy jak najbardziej. Cały towar pochodzi z importu (Niemcy, Austria, Szwajcaria i Hiszpania). Dyrektor Władysław Zając przyznaje, że polscy producenci są coraz lepsi, lecz koncerny zachodnie wciąż wyprzedzają ich pod względem stosowanej technologii i myśli technicznej.
— Kiedyś pukaliśmy do drzwi. Teraz specjaliści producentów przyjeżdżają do nas i wspólnie odwiedzamy naszych największych odbiorców, prezentując najnowsze rozwiązania z branży meblarskiej — opowiada dyrektor Mebel Artu.
Jego zdaniem, rzemieślnikom i ogromnym firmom meblarskim nie opłaca się zaopatrywać bezpośrednio u producenta. Zgłaszają swe potrzeby przez telefon, a potrzebne materiały i urządzenia dostarczane są ciężarówką prosto do zakładu.
Rzeczywiście, obroty firmy mówią same za siebie. W pierwszym półroczu 2006 r. Mebel Art sprzedał towar za 4,7 mln zł. To więcej niż obroty w całym 2003 roku (4,5 mln zł).
Bardzo pomogły wprowadzone trzy lata temu zmiany w funkcjonowaniu firmy.
— Mieliśmy sporo dłużników, aż 30 proc. odbiorców przeciągało i tak odroczone terminy płatności. Wprowadziliśmy odmienne zasady dla przedsiębiorstw niesolidnych. Wynajęliśmy kancelarię prawniczą, by z nimi rozmawiała. Zanotowaliśmy chwilowy spadek obrotów, ale pomysł okazał się znakomity — zachwala dyrektor Zając.
Okazało się, że klienci nie zrazili się do Mebel Artu. Ogromna większość spłaciła należne kwoty i nadal współpracuje z firmą. Ale dyrektor stawia twarde warunki: każdy nowy partner, nim podpisze umowę, musi dostarczyć komplet wymaganych dokumentów i zabezpieczeń.
Dobrze się pokazać
Innym pomysłem na funkcjonowanie firmy okazała się autopromocja. Podczas targów branżowych Mebel Art we współpracy z zaprzyjaźnionymi przedsiębiorstwami potrafi zaistnieć na sześciu stanowiskach jednocześnie. Przynajmniej raz w roku firma organizuje spotkania biznesowe połączone z zabawą dla stolarzy i rzemieślników branży meblarskiej.
— Nie wpływa to bezpośrednio na nasze obroty, ale w ten sposób pracujemy nad świadomością naszych obecnych i przyszłych odbiorców — przekonuje Władysław Zając.
Stoimy w trójkę na placu załadunkowym, upalny dzień dobiega końca.
— Muszę iść podlać moje małe arboretum. Zanim mąż wróci z trasy, zdążę poświęcić kilka chwil ulubionym bylinom — zwierza się Alice Thoma.
Władysław Zając się uśmiecha. W pracy łączy Zachód ze Wschodem, wieczorami zgłębia historię Stalina i Hitlera.
— Kontrasty pozwalają znaleźć własną drogę. Ale chyba rzucę już te książki, niedawno urodził mi się wnuk. Czy potrzeba czegoś więcej? — retorycznie pyta dyrektor Mebel Artu.
