Grupa G7 to samozwańcze światowe biuro polityczne, którego skład częściowo pokrywa się z piątką stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ. G7 nie ma jednak jakiegokolwiek umocowania w prawie międzynarodowym, skupia największe gospodarki najbardziej wpływowych państw Zachodu, do którego funkcjonalnie zaliczana jest dalekowschodnia Japonia. Od 1975 r. wielka czwórka europejska, czyli Niemcy, Wielka Brytania, Francja i Włochy, spotykała się z USA i Japonią, potem dołączyła Kanada. Doproszenie od 1998 r. także Rosji miało przyczyny wyłącznie polityczno-militarne, jako że jej gospodarka niezmiennie zachowuje prymitywną strukturę surowcową właściwą koloniom. Wyrzucenie Władimira Putina w 2014 r. ze szczytów G8 za zabór Krymu i powrót do formuły G7 było zatem przywróceniem normalności. Na skutek jednak wyróżnienia Rosji ponad stan kilkanaście innych państw uznało się za równie godne zasiadania przy pańskim stole i tak w 1999 r. zawiązała się szersza G20, której struktura opiera się na równomierności międzykontynentalnej. Wewnątrz G20 skonsolidowały się dwie rywalizujące grupy — założycielska G7 oraz BRICS, czyli Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA. Notabene w epoce Donalda Trumpa zachodnia G7 realnie pękła i przyjęła formułę G6+1, ponieważ 47. prezydent USA doktrynalnie nie uznaje jakichkolwiek międzynarodowych organów kolegialnych — na czele z ONZ — w których formalnie dysponuje tylko jednym głosem podobnie do pozostałych uczestników.
G7 i G20 nie mają stałych siedzib i sekretariatów, kierują nimi kolejno państwa sprawujące roczne prezydencje. Gospodarz organizuje szczyty i inne spotkania, przygotowuje agendy i projekty końcowych konkluzji oraz — co w praktyce najważniejsze — ma przywilej zapraszania państw spoza grupy ze statusem epizodycznych gości. Obie grupy mają własne kalendarze, stąd goszczenie G7 w dniach 15-17 czerwca 2026 r. przypadło Francji, zaś G20 w grudniu przyjmą Stany Zjednoczone. Prezydent Emmanuel Macron poza udziałowcami G7 i zawsze obecną Unią Europejską (w osobach szefów głównych instytucji) tym razem zaprosił według osobistych kalkulacji politycznych Brazylię, Indie i Koreę Południową z G20, Kenię i Egipt z Afryki oraz grupkę z regionów wojennych — naturalnie Ukrainę, a także wybiórczo Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar i Syrię.
W obawie przed demonstracjami alterglobalistów zbiórki G7 i G20 organizowane są w naturalnych lub zbudowanych fortecach. Najbardziej idealne są wyspy lub odizolowane ośrodki wysokogórskie. Emmanuel Macron w 2019 r. umieścił G7 w ufortyfikowanym kurorcie Biarritz w Pirenejach Atlantyckich. Teraz wrócił do alpejskiego uzdrowiska Évian-les-Bains nad Jeziorem Genewskim, naprzeciwko Lozanny. W 2003 r. w tym samym miejscu szczyt gościł Jacques Chirac, wtedy w formule G8 z młodym kremlowskim carem Władimirem Putinem. Spotkanie we Francji to przekleństwo dla odległej o rzut beretem Szwajcarii. W Genewie nie tylko lądują władcy świata, lecz także zbierają się tłumy protestujących. Miasto w 2003 r. spustoszyły ogromne zajścia. Żeby to się nie powtórzyło, Szwajcaria zmobilizowała policję z wielu kantonów oraz około 4 tys. żołnierzy, wydając na ochronę około 27 mln EUR. Francja absolutnie nie zamierza refinansować tych wydatków. No cóż, na biednego nie trafiło — Szwajcaria corocznie finansuje z budżetu planowe manewry swojej armii chroniące Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Mimo wszystko takie podrzucenie problemu sąsiadowi spoza UE jest nieuczciwe.
Wizerunkowy sukces szczytu G7 zależy od choćby załagodzenia głównego problemu. Nazywa się on Donald Trump, dlatego Emmanuel Macron stara się zrobić wszystko, aby 80-letni obrażalski narcyz przynajmniej dotrwał do końca szczytu. Rok temu stworzył on precedens i udział w G7 w kanadyjskim górskim Kananaskis po prostu zerwał, uchodząc nagle do Waszyngtonu — podobno w celu łagodzenia napięcia między USA, Izraelem i Iranem. Teraz od 28 lutego 2026 r. występuje wraz z izraelskim premierem Benjaminem Netanjahu jako współsprawca napastniczej wojny z Iranem, która gospodarczo bardzo silnie uderza w cały świat. Gospodarz G7 chce udobruchać władcę 250-letnich Stanów Zjednoczonych Ameryki pożegnalnym przyjęciem w XVII-wiecznym królewskim Wersalu. Być może współczesny samozwańczy Król Słońce jednak się skusi i nawet nie zawetuje równie wzniosłych, co pustych końcowych konkluzji szczytu w Évian-les-Bains.

