Skłonność do rejestrowania wszystkiego i wszystkich, koncesjonowania, kontrolowania (w myśl leninowskiej zasady: ufaj i kontroluj) jest u nas „wiecznie żywa” — jak do niedawna Lenin. W efekcie działalność gospodarczą (czy coś podobnego do naszej działalności gospodarczej) uruchamia się w Stanach Zjednoczonych jednym telefonem, w Europie Zachodniej — jedną wizytą, u nas — wymaga to kilku tygodni wytężonej bieganiny po urzędach. W efekcie końcowym bezrobocie w Stanach Zjednoczonych z rzadka przekracza 5 proc. (wtedy już głośno bije się na alarm), w Unii Europejskiej dochodzi do 8 proc. (nikt nie ukrywa, że przy wyraźnej dekoniunkturze), u nas zabiera się do ataku na poziom 20 proc. Oczywiście, zależność nie jest tak prosta, jakby się chciało, związek przyczynowo-skutkowy jest tu oczywisty.
Na szczęście bywa i tak, że niedobory finansowe oraz braki logistyczne mogą ustrzec nas przed niektórymi pomysłami urzędników. Tak właśnie się stało z pomysłem obowiązku rejestrowania wszystkich, nawet najmniejszych, przedsiębiorstw w Krajowym Rejestrze Sądowym. Oznaczałoby to co najmniej 2 mln wniosków o wpis, no i wpisów, gdzieś tak za dziesięć lat, zapewne. Tym bardziej że zmienność małych podmiotów jest, siłą rzeczy, bardzo duża. Jeszcze nie zostałby dokonany wpis, a minifirmy już by nie było. Tak więc rejestr praktycznie nigdy nie zostałby wprowadzony w pełni i nie spełnił pokładanych w nim nadziei.
Idea jest szczytna — powiększenie bezpieczeństwa obrotu gospodarczego. Skąd jednak bierze się przekonanie urzędników, że drogą jeszcze jednego rejestru są w stanie takie bezpieczeństwo poprawić. O ile mi wiadomo, już teraz, przy około 400 tysiącach osób prawnych zarejestrowanych w KRS, praktycznie stracił on wydolność, a fakt znajdowania się tam wcale nie przeszkadza hutom, kopalniom i innym fabrykom w niepłaceniu swoich zobowiązań. Więc o co chodzi? Że małych łatwiej „przydusić”? Ale przecież miało być demokratycznie i wszyscy mieli mieć równe szanse.