Nie jestem kilerem

Mirosław Konkel
19-01-2007, 00:00

Koledzy mówią o mnie żartem: ekspert od masówki. Bo jak już zwalniam lub zatrudniam, to setki lub tysiące ludzi.

Marek Prujszczyk: najważniejsze dla mnie jest być w porządku

Koledzy mówią o mnie żartem: ekspert od masówki. Bo jak już zwalniam lub zatrudniam, to setki lub tysiące ludzi.

Nazywam się Marek Prujszczyk. Mam 43 lata, od ponad 14 jestem personalnym w dużych przedsiębiorstwach. Po kilku latach pracy w mniejszych firmach funkcję tę wykonywałem w Siemensie, Realu, a ostatnio w Grupie Żywiec.

Do zawodu trafiłem trochę przez przypadek. W 1987 roku skończyłem filozofię na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Z tak „niepraktycznym” wykształceniem nie mogłem przebierać w ofertach pracy. W 1992 r. w spółce joint venture Siemensa znalazłem pierwsze zatrudnienie w prawdziwym HR. Zacząłem od organizacji działu personalnego, po kilku miesiącach zostałem formalnie jego szefem. W awansie pomogła mi także owa, w potocznym mniemaniu abstrakcyjna i oderwana od życia, filozofia. Studia nauczyły mnie otwartości na odmienne poglądy i pomogły rozumieć otaczający świat.

Czasem musi boleć

Gdy do Polski wkraczał wolny rynek, już wiedziałem, co mnie pociąga najbardziej. Powinienem powiedzieć — zarządzanie zasobami ludzkimi, ale to brzmi okropnie! Dla mnie pracownicy to nie zasoby — to są ludzie, kapitał społeczny i intelektualny firm. Takie stwierdzenie może dziwić w ustach kogoś, kto zwolnił parę tysięcy osób. Ale zwolnienia to tylko wycinek mojej pracy. Przykład? Gdy w połowie 1999 r. zaczynałem pracę w Realu, zatrudniał on ponad 4 tys. ludzi, gdy niespełna dwa lata później odchodziłem, było ich 8,5 tysiąca.

Duże restrukturyzacje i szybkie zmiany w zakresie działania firm zawsze pociągają za sobą zmiany kultury organizacyjnej, przekwalifikowania, dobór nowych pracowników. Często też znaczne cięcia zatrudnienia, które są najbardziej widoczne i budzą największe emocje. Choć niekoniecznie są czymś pierwszoplanowym.

Uważam, że moja profesja wymaga wrażliwości i empatii. Niedawno pewien dziennikarz nazwał mnie podczas rozmowy kilerem. Bardziej adekwatne, jak sądzę, byłoby porównanie do lekarza. Kto z nas lubi mieć do czynienia z chirurgiem? Ale przecież czasem trzeba amputować nogę, by ratować cały organizm.

Zwalniać z klasą

Gdy na początku lat 90. Siemens przejmował, będący na krawędzi bankructwa, a zatrudniający około 2600 osób, państwowy ZWUT, można było trwać w kryzysie albo przy przejściu na nową technologię zmniejszyć załogę o 1800 ludzi. Wybraliśmy drugie rozwiązanie, bo tylko ono dawało zakładowi szansę przetrwania. Ale zrobiliśmy to na nową w Polsce, zachodnią, modłę. Był to jeden z pierwszych u nas outplacementów, chociaż wówczas mało kto używał tego słowa. Wtedy, gdy jakaś firma padała, ludzi po prostu wyrzucano na bruk.

My przekwalifikowaliśmy wiele osób, żeby mogły znaleźć pracę gdzie indziej. Pracownicy rozstawali się z firmą na cywilizowanych zasadach — z godziwymi odprawami. 800 osób zdobyło nowe, najbardziej wtedy „chodliwe” na rynku zawody. Gdy było można, staraliśmy się pomóc im w znalezieniu pracy.

Twarzą w twarz

Człowiek zajmujący się likwidowaniem części lub całej firmy jest postrzegany zwykle jako bezduszny robot, który przychodzi, odstrzeli wszystkich i ucieka gdzieś się ukryć. Ja się przed nikim nie muszę chować. Myślę, że nikt, patrząc mi prosto w oczy, nie może zarzucić mi naruszenia norm etycznych czy kulturowych. Nigdy świadomie nikogo nie skrzywdziłem, choć decyzje, jakie muszę podejmować, bywają bardzo nieprzyjemne. Dla zwalnianych, ale też ich najbliższych. Umiem wczuć się w taką sytuację. Przecież ja też mam rodzinę. Od 22 lat jestem żonaty, mamy trójkę dzieci, które powoli wchodzą w dorosłe życie.

Jednak nawet kiedy zwalnia się z klasą, są to ciężkie chwile. Jeśli jakiemuś szefowi zbyt łatwo przychodzi mówić o redukcjach, staram się doprowadzić do tego, by sam musiał chociaż jedno wypowiedzenie wręczyć i powiedzieć zwalnianemu, dlaczego jest to konieczne. Gdy zostaje skonfrontowany z taką sytuacją, decyzje podejmuje po głębszym przemyśleniu. Często okazuje się, że zamiast zwolnić pracownika, można mu zaproponować coś innego i zagospodarować zgodnie z innymi potrzebami firmy.

Emocje na wodzy

Oczywiście, w ostatecznym rozrachunku — i tu wychodzi ze mnie „krwiożerczy kapitalista” — menedżer musi dbać o pozycję rynkową i wynik finansowy firmy. Znam takie, które nabawiły się poważnych kłopotów, bo na czas nie podjęły restrukturyzacji, uległy związkowcom i nie zwolniły pracowników. Na szczęście, zwłaszcza wśród przedstawicieli dużych central związkowych, coraz częściej można spotkać profesjonalistów. A z takimi rozmawia się trudniej, są dobrze przygotowani technicznie i merytorycznie, ale zarazem — lepiej, bo można od nich oczekiwać racjonalnych reakcji i szerszego spojrzenia na sytuację załogi i firmy. Nie koncentrują się tylko na „redukowanych”, ale mają również na względzie dobro tych, którzy w organizacji zostaną.

W takich sytuacjach widać, jak punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Podczas jednej z restrukturyzacji sprzedaliśmy część majątku zakładowym liderom związkowym. Ci ludzie zawsze zaciekle walczyli w obronie pracowników. Ale jako biznesmeni szybko byli zmuszeni zmienić spojrzenie na koszty zatrudnienia w firmie.

Mówią o Marku Prujszczyku

To jest zawodowiec

Joanna Szybisz

dyr. HR Saint-Gobain Dystrybucja Budowlana

Marek Prujszczyk niedawno odszedł z Grupy Żywiec, ale sądzę, że szybko zgłosi się do niego duża firma z ofertą pracy. To świetny, niezwykle doświadczony dyrektor personalny, uważany w środowisku za jednego z najlepszych specjalistów od kontaktów ze związkami zawodowymi. Nie wyobrażam go sobie w innej roli.

Człowiek z misją

dr Krzysztof Walczak

wspólnik w firmie Orłowski-Patulski

Klub Lidera Zarządzania Zasobami Ludzkimi i Polskie Stowarzyszenie Zarządzania Kadrami stworzyły kodeks etyczny dyrektora personalnego. Gros pracy wykonał Marek Prujszczyk. To tylko przykład jego społecznej aktywności. Podnoszenie standardów zarządzania w polskich firmach traktuje jako swoją misję.

Pogromca egocentryków

Robert Żelewski

prezes PSZK

Debata. Prowadzi ją Marek. Na sali kilkudziesięciu dyrektorów personalnych, którzy — co tu kryć — mają silnie rozwinięte ego. Każdy chce dorzucić trzy grosze, nierzadko nie na temat. Cieszyłem się, że nie jestem na miejscu Prujszczyka. Ale świetnie poradził sobie z mało subordynowanym gronem i nie dał po sobie poznać zdenerwowania.

Historyczna pasja HR-owca

Marek Prujszczyk wypoczywa przy muzyce Tangerine Dream i Klausa Schulze’a. Ale jego największa pasja to średniowieczne zamki i fortece. Zwiedził wszystkie w Polsce i większość w Europie. Zebrał też pokaźną bibliotekę na ich temat. Najbardziej lubi gotycki zamek rycerski w Ogrodzieńcu, w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / / Nie jestem kilerem