Choć poziom PKB Polski na tle Unii jest niski, możemy pochwalić się bardzo szybkim wzrostem, niską inflacją i coraz lepszą wydajnością pracy.
Porównując wskaźniki makroekonomiczne Polski i dziewięciu pozostałych państw, które 1 maja stały się członkami Unii Europejskiej, nie wypadamy najgorzej. Obraz jest mniej optymistyczny, gdy spojrzymy na stare kraje UE.
Najbardziej rażący dystans widać w poziomie PKB na głowę mieszkańca. Według różnych danych, wynosi on w Polsce zaledwie 41-43 proc. dawnej „piętnastki”. Blado wypadamy nawet na tle nowych członków. Na podobnym poziomie są Litwa i Estonia, nieco słabsza jest Łotwa — pozostali nas wyprzedzają. W przypadku Słowenii wskaźnik ten wynosi 70 proc.
— Wyrównywanie poziomu życia Polaków z poziomem życia w UE niestety może potrwać bardzo długo. Szacuje się, że nastąpi to w ciągu 20-30 lat — uważa Iwona Pugacewicz-Kowalska, główna ekonomistka Banku CA IB.
— Jesteśmy jednak w absolutnej czołówce, i to na tle całej rozszerzonej UE, jeżeli chodzi o tempo wzrostu — podkreśla Maciej Krzak, główny ekonomista Banku Handlowego.
Jego zdaniem, akcesja, przy prawidłowym wykorzystaniu funduszy strukturalnych, wzmocni coroczny przyrost PKB co najmniej o 1 proc.
Naszą słabością jest sytuacja na rynku pracy. Żadne z państw UE nie ma 20-proc. bezrobocia.
— Pewnym usprawiedliwieniem może być sytuacja demograficzna. Nigdzie w Europie nie ma takiego napływu młodych na rynek pracy — podkreśla Maciej Krzak.
Na tym tle dobrze wypada wydajność polskich pracowników. Co prawda, średnia wartość dodana przypadająca na pracownika w dawnej Unii wynosiła w 2002 r. ponad 50 tys. EUR, a w Polsce tylko 17 tys. EUR, co roku notujemy 20-proc. przyrosty wydajności.
Na tle Unii i jej nowych członków dobrze wypadamy też pod względem równowagi makroekonomicznej. W 2003 r. średnia inflacja wynosiła 0,8 proc., podczas gdy w UE i krajach kandydackich 2 proc. Problemy Unii z deficytami budżetowymi wskazują, że na tym polu także nie jesteśmy najgorsi. Według Eurostatu, nasz deficyt sektora finansów publicznych w 2003 r. wyniósł 4,1 proc., a dług publiczny według ESA 95-45,1 proc. To znacznie lepiej od wielu państw rozszerzonej Unii. Spełniamy nawet część kryteriów z Maastricht, pozwalających na przyjęcie euro.
— Istnieje jednak obawa, że reforma finansów publicznych zostanie wstrzymana i nie uda się zatrzymać narastającego deficytu budżetowego. Wywoła to wzrost inflacji i podniesienie stóp procentowych. Wtedy okaże się, że Polska nie spełnia żadnego kryterium. Jeżeli politycy zdadzą sobie sprawę, że niezbędne jest przeprowadzenie reformy finansów publicznych, to istnieje szansa, iż Polska przyjmie wspólną walutę w 2010 r. — twierdzi Iwona Pugacewicz-Kowalska.