Kości jeszcze nie zostały rzucone, ale już złowieszczo grzechoczą w kubeczku. Platforma Obywatelska złożyła wczoraj wniosek o skrócenie kadencji parlamentu. Rozmowy Prawa i Sprawiedliwości z Polskim Stronnictwem Ludowym nie przyniosły rozstrzygnięć, a wszak dziś upływa termin, jaki PiS wyznaczyło sobie na stworzenie większości parlamentarnej. Wniosek PO to dla Jarosława Kaczyńskiego dobra wiadomość — sprawia, że wcześniejsze wybory przestają być czczą pogróżką, a staje się faktem politycznym. A to znacznie ułatwi politykom PiS rozmowy z przyszłymi secesjonistami z różnych klubów i zwiększa szanse na utworzenie kruchej większości. Nie ułatwia jednak — jak widać — rozmów z PSL, które nie mówi „nie”, ale chce „koalicji na czas określony”. W praktyce oznacza to, że wybory odbyłyby się wprawdzie wcześniej, ale nie w tym, lecz np. w przyszłym roku.
Dla premiera to niezbyt atrakcyjna oferta. Jarosław Kaczyński zdaje sobie sprawę, że im dalej, tym gorzej. W miarę upływu czasu szanse jego partii na zwycięstwo będą najprawdopodobniej malały. Szybsze wybory dają szansę na zachowanie władzy, a nawet jej powiększenie, gdyby została przyjęta propozycja PiS zmian w ordynacji wyborczej, by zwycięzca wyborów dostawał bonus umożliwiający samodzielne rządy. Na to jednak nadzieje są jeszcze mniejsze niż na trwałą koalicję z PSL. Premier lada chwila stanie przed wyborem między dżumą a cholerą — albo wcześniejsze wybory, po których może zostać zdegradowany do roli przywódcy opozycji, albo ustępstwa wobec ludowców i chwiejna koalicja (chwiejna, bo przy oczywistej różnicy w stylu uprawniania polityki PSL nie będzie wygodniejszym partnerem niż Samoobrona). Jest jeszcze trzecia możliwość — czyli rząd mniejszościowy, wyłuskujący w miarę upływu czasu kolejnych posłów opozycji. Oznacza to jednak trwanie w kłótniach i w chaosie, bez gwarancji, że uda się dowieść władzę do końca kadencji, za to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że będzie to ostatnia kadencja u władzy na długi czas.
Nie tylko premier nie ma się z czego cieszyć. My też. Są nikłe szanse, by wcześniejsze wybory wyłoniły stabilny rząd. Według obecnych sondaży do parlamentu trafiłyby skłócone dziś do granic możliwości te same partie. Grożą nam więc miesiące sporów, tworzenia (i zrywania) paktów stabilizacyjnych oraz koalicji. Podobny scenariusz jest prawdopodobny także wtedy, gdy do wyborów nie dojdzie. Możliwość stworzenia stabilnej większości wokół rządu Jarosława Kaczyńskiego jest mglista, szanse na utworzenie nowej koalicji bez PiS są bliskie zera. Tak czy owak oznacza to parę miesięcy chaosu.
Te czarne scenariusze nie powinny jednak skłaniać do przyjęcia propozycji PiS zmian w ordynacji wyborczej i bonusu dla zwycięzcy. Niewątpliwie takie rozwiązanie ułatwiłoby życie politykom — odpadłby trud mozolnych negocjacji koalicyjnych, zabiegania o poparcie dla swoich pomysłów. Wygrywasz i rządzisz. I właśnie dlatego to zły pomysł. Bo politycy nie powinni mieć zbyt łatwego życia, gdyż to ich rozleniwia. Niech od czasu do czasu spróbują zawrzeć trwałą koalicję, ba — czasem mogą nawet schować trochę dumy do kieszeni i pokusić się o ustępstwa wobec politycznych rywali. Politycy mówią, że taka ordynacja umożliwiłaby sprawne i stabilne rządy. Być może. My jednak wolelibyśmy, żeby sprawne i stabilne rządy wynikały z wiedzy, politycznego sprytu i kompetencji polityków, a nie z ordynacji.